|
TO
JESZCZE NIE KONIEC
Górnośląskie
Koleje Wąskotorowe
|
|
|
Bilans otwarcia
Na otwarciu XXI wieku w
górnośląskiej komunikacji z dorobku
wieku XIX zostało bardzo niewiele.
Tramwaje już dawno przestały być
tworami z epoki pary i żelaza, choć
trzeba uczciwie przyznać, że pierwszy
na tych ziemiach tramwaj napędzany był
właśnie parą. 27 maja 1894 ruszyła
pierwsza regularna linia pasażerska
łącząca Piekary Śląskie z Bytomiem,
a zaraz potem na trasy w Gliwicach,
Zabrzu, Rudzie i Królewskiej Hucie
wyruszyły kolejne tramwaje. W pierwszym
roku pracy parowe tramwaje przewiozły
ponad 850 tysięcy osób. Nie ma już
śladu po pierwszej górnośląskiej
linii parowego wehikułu, a sam tramwaj
zdecydowanie wybrał elektryczność.
Podobnie stało się z
dużymi, szerokotorowymi kolejami. Od
pary, poprzez napęd spalinowy i
elektryczny doszliśmy do stanu obecnego,
ale musimy jeszcze wrócić na chwilę do
okresu międzywojennego. To właśnie
wtedy, za sprawą wybudowanej wówczas
magistrali Śląsk - Gdynia, Tarnowskie
Góry stały się miastem kolejarzy. Jest
nim także i dziś, choć od Bytomia nie
sunie już nieprzerwany wąż pociągów
z węglem jak w latach
siedemdziesiątych. Mniejsze wydobycie to
wszak mniej transportu, co nie zmienia
faktu, iż Tarnowskie Góry są nadal
jedną z większych stacji
przeładunkowych w Europie z imponującym
zestawem torów ulokowanych w kierunku
Miasteczka Śląskiego.
Tramwaje i pociągi
potrafiły się przystosować do XXI
wieku, ale nie można tego powiedzieć o
kolejach wąskotorowych. Z założenia
przeznaczone były one do likwidacji.
Kolej likwidowała je zresztą od lat
siedemdziesiątych jako nierentowne, ale
nie zawsze była w stanie prawidłowo
zakończyć funkcjonowanie linii. PKP
zresztą talentu gospodarskiego
najnormalniej w świecie nie posiada, a
jeśli ktoś nie wierzy polecamy małą
wycieczkę na dworzec kolejowy w
Radzionkowie albo na byłą stację
kolejową Tworóg - Brynek. W Brynku
zastaniemy widok przypominający
fotografie ze zbombardowanego Drezna czy
Berlina.
Najprościej załatwiono
sprawę z mostami: najbardziej
widowiskowe, rozebrane mosty znajdują
się w Radzionkowie, w Nakle czy
Miasteczku Śląskim. I wtedy do akcji
weszli złomiarze, bo choć policja
kontrolowała co się da, w 2001 roku
rozebrano resztki wąskotorówki pod
Strzybnicą, a rok później za
Miasteczkiem Śląskim. Było co
rozbierać - trasy górnośląskich
wąskotorówek w latach swojej
największej świetności liczyły
łącznie 200 kilometrów.
Ruszyła czy nie?
W takiej sytuacji
uruchomienie linii nazywanej dziś
Górnośląskim Kolejami Wąskotorowymi
nabierało podwójnego znaczenia. Z
jednej strony było inicjatywą o
charakterze turystycznym i krajoznawczym,
ale z drugiej - w swoisty sposób
ratowało tory. Czym innym z punktu
widzenia prawa jest bowiem kradzież nie
używanego torowiska, a czym innym zamach
na czynną linię kolejową. W drugim z
tych przypadków dochodzi dodatkowy
zarzut o sprowadzenie zagrożenia w ruchu
kolejowym, o czym złodzieje kolejowego
wyposażenie doskonale wiedzą.
Trudno się też dziwić,
że przygotowania do pierwszej podróży
odbywały się w warunkach niemal
konspiracyjnych. Tory na trasie między
Bytomiem a Miasteczkiem Śląskim stały
się przejezdne w maju 2002 roku, zaś
pierwsza oficjalna podróż datowana jest
na 23 czerwca tegoż roku. Dokonali tego
członkowie Stowarzyszenia Miłośników
Kolei z Katowic wspierani przez swoich
kolegów z podobnych stowarzyszeń w
Pyskowicach i Częstochowie.
Aby obniżyć koszty, na
podstawie umów zatrudniono jedynie
maszynistów, kierownika pociągu i
dyżurną ruchu, wszystkie pozostałe
prace miłośnicy kolei wykonali za
darmo. Od połowy kwietnia całkowicie
odbudowali 500 metrów i naprawili 10 km
torowiska. Maszynista - Andrzej Wąsik
chwalił wówczas władze Miasteczka
Śląskiego: - Jeszcze niedawno na
końcowej stacji był parking
ciężarówek z grząską nawierzchnią,
dziś mamy elegancki peron i posprzątane
otoczenie.
Nie każda miejska władza
doczeka się pochlebnej laurki Pana
Wąsika: miłośnikom nie udało się
dogadać z władzami Siemianowic, więc
wąskotorówka tamtędy nie pojedzie. To
właśnie samorząd - w myśl prawa -
musi być właścicielem linii kolejowej.
Z 30 czynnych jeszcze w Polsce
wąskotorówek wszystkie przeszły pod
właścicielską kontrolę gmin, a
stowarzyszenia czy fundacje mogą być
jedynie operatorami takiej linii. Bytom,
Tarnowskie Góry i Miasteczko Śląskie
wąskotorówkę przejęły, a miłośnicy
kolei prowadzą ją obecnie pod nazwą
Stowarzyszenia Górnośląskich Kolei
Wąskotorowych. Kradzieże na czynnej
już linii ustały, a dziś - z
perspektywy kilku lat - możemy bez
większego ryzyka stwierdzić, że
wąskotorówka została uratowana.
A jednak się
kręci się
Wąskotorówka kursuje
nieregularnie: przede wszystkim w sezonie
letnim, przede wszystkim w weekendy. I
mimo że prawdziwej, tradycyjnej reklamy
jest niewiele, nie można się skarżyć
na brak pasażerów, bo bywa ich w
jednym, długim pociągu nawet kilkuset.
Stowarzyszenie oferuje także wynajem
pociągu na imprezy prywatne, ale jej
zasadnicze znaczenie opiera się na kilku
przystankach na 21- kilometrowej trasie.
Najpierw pasażerowie widzą przemysłowy
(może nawet postindustrialny krajobraz
Bytomia, później rosbanka przedziera
się przez pofałdowaną przez wzgórza,
południową cześć powiatu
tarnogórskiego. Po lewej - rezerwat
Segiet, po prawej - Dolomity Sportowa
Dolina. Później mamy gwóźdź
programu: Kopalnię Zabytkową Rud
Srebronośnych ze Skansenem Maszyn
Parowych. Później jest przeprawa przez
ulicę Bytomską w Tarnowskich Górach.
Przed laty, kiedy wąskotorówka
pracowała przy przewozie węgla, drewna
i dolomitu, był w tym miejscu przejazd
ze szlabanami. Po przebudowie
skrzyżowania na rondo w 2004 roku -
szlabany zniknęły, a jego miejsce
zajęły duże sygnalizatory z czerwonymi
światłami. Aby przejechać przez
Bytomską obsługa pociągu musi wpierw
wyjść na jezdnię i zatrzymać ruch
samochodów.
Po kilku minutach dalszej
jazdy pociąg definitywnie opuszcza
Tarnowskie Góry i zanurza się w gęstym
lesie. Po kolejnych kilkunastu minutach
dotrze nad zalew Nakło - Chechło, gdzie
wysadzi na peron amatorów kąpieli
słonecznych i tradycyjnych. Podróż
wąskotorówką nad zalew to zresztą
całkiem niezły pomysł, bo od
kilkunastu lat akwen ten ma coraz więcej
miłośników (pewnego pięknego dnia
naliczono ich nawet sto tysięcy). To co
dzieje się na drogach dojazdowych
wokół sztucznego jeziora przypomina
piekło Dantego, a wyjazd z
przeładowanych parkingów przed godziną
20 graniczy z cudem.
Pasażerowie nieczuli na
wodną i gastronomiczną ofertę zalewu
jadą dalej: do Miasteczka Śląskiego,
gdzie na końcowej mijance lokomotywa
zawraca, a cały skład udaje się w
powrotną drogę. Czasu jest akurat tyle,
żeby obejrzeć przepiękny kościół
drewniany z 1666 roku. Na bytomskim
dworcu pasażerowie udają się każdy w
swoją stronę, a pociąg idzie spać do
swojego domu.
W domu
Dom kolejki przypomina
raczej ruderę i jest starą
lokomotywownią wąskotorową w Bytomiu -
Karbiu. Ale dom to dom i trzeba go
pilnować, więc miłośnicy - wspierani
przez dwa odważne psy - dyżurują tam
całą dobę. Pilnują nie tylko składu
wąskotorówki, ale i kilkunastu innych
lokomotyw i wagonów pozbieranych z
różnych zakątków kraju. Trzeba je
naprawić, odnowić, przystosować do
ruchu turystycznego i czego jak czego -
pracy miłośnikom kolei prędko nie
zabraknie. Muszą także przecież
ciągle konserwować 21 kilometrów
torowiska do Miasteczka Śląskiego,
każda zwrotnica wymaga przesmarowania, a
szlak trzeba oczyścić ze śmieci.
Prezes Andrzej Cichowicz
sam jest weteranem tych prac, ale każda
z pracujących w Karbiu osób patrzy na
stare wagony w sposób szczególny.
Czasem uśmiechają się, kiedy pytanie
razi ich brakiem znajomości rzeczy, ale
powoli i cierpliwie tłumaczą co jest
czym w lokomotywowni. W końcu uratowali
kolejkę, która skazana była na
zagładę. Tramwaje i duża kolej
poradziły sobie same. Wąskotorówce
pomogli ludzie.
I to ludzie zapewne doprowadzą do tego,
że za jakiś czas na szlak do Miasteczka
wyjedzie - jak w 1851 roku - pociąg
ciągnięty przez parowóz w obłokach
pary. Bo to jeszcze nie koniec śląskiej
wąskotorówki.
Zbigniew Markowski
|