|
PIOTR
NIEDURNY
W dniu 30
stycznia 1920 r. ujęty został przez
żołnierzy z brygady marynarki radca
miejski miasta Bytomia, maszynista Piotr
Niedurny. Od dłuższego już czasu
nastawano na jego życie tak, że musiał
się ukrywać. Następnego dnia miał
być odstawiony do Bytomia. W drodze do
Szombierek miał podobno usiłować
zbiec, a ponieważ nie chciał rzekomo
stanąć, więc strzelano do niego i
nieszczęśliwy padł na ziemię.
Jak się później okazało nie było
wcale rozkazu aresztowania go. Zginął w
kwiecie wieku, bo liczył dopiero lat 40
i był lubiany przez całą gminę i
okolicę. Był to wielki patriota i
działacz polski. Pogrzeb jego był
jedną wielką manifestacją narodową.
WALTER LARYSZ
Walter Larysz z urodzony w Ozimku, w pow.
opolskim 31 marca 1898. Odebrał od
matki, wcześnie owdowiałej, nader
staranne wychowanie, które go później
usposobiło do czynów wzniosłych i
szlachetnych.
Z ławki gimnazjalnej poszedł do wojska
niemieckiego, gdzie się dosłużył
stopnia oficerskiego. Po rewolucji
niemieckiej wstąpił do apteki ojca jako
uczeń aptekarski i przyłączył się do
ruchu i organizacji wojskowej w pow.
tarnogórskim.
W pierwszym powstaniu prowadził oddział
powstańczy powiatu tarnogórskiego i
kierował atakiem na miasto Tarnowskie
Góry. Czyn ten pozostanie na zawsze w
historii pierwszego powstania pamiętnym
i świadczącym o patriotyźmie
człowieka młodego jeszcze, ale owianego
wielkim idealizmem.
Następnie musiał uchodzić do Polski,
gdzie poznał doskonale życie polskie. W
listopadzie 1919 r. musiał wracać do
opuszczonej przez wszystkich i konającej
już matki. Przy trumnie swej matki,
zmarłej wskutek prześladowań od
grencszuców za swe przekonanie polskie,
ślubował, że pomści jej niewinną
śmierć przez wierną służbę
ojczyźnie, czego w rzeczywistości
dokonał.
Wstąpiwszy do wojska polskiego w
Poznaniu jako podporucznik kształcił
młodych Wielkopolan na dzielnych
żołnierzy. Stąd wrócił na Śląsk
jako oficer "Apo" policji
plebiscytowej. Najpierw w Miechowicach,
później w Gliwicach jako adiutant
kapitana Niel'a, nareszcie jako dowódca
sotni i kapitan w Rybniku był czynny.
Ponieważ był nader gorliwy i
obowiązkowy w służbie i wykrył dużą
ilość składów broni schowanej przez
Niemców w pow. rybnickim, przez to
ściągnął na siebie nienawiść
tychże, co też było powodem jego
tragicznej śmierci.
Dnia 3 maja 1921 r. - pierwszy dzień
trzeciego powstania został raniony przy
ataku na niemiecką sotnię i Włochów.
Prowadzony przez Polaków został
ugodzony kulą skrytobójczą, co
spowodowało jego natychmiastową
śmierć. Zwłoki jego sprowadzono do
Radzionkowa w pow. tarnogórskim, gdzie
spoczywają obok matki.
WINCENTY JANAS
W dniu 21 sierpnia 1919 r. przychodzą o
godz. 5 rano żołnierze rajchswery do
mieszkania nauczyciela polskiego
Wincentego Janasa w Rudzie, gdzie nie
było powstania, i wzywają go, żeby
poszedł z nimi. Prowadzą go mniej
więcej 30 metrów od domu ną stronę i
oddają go 16 innym żołnierzom, tam
czekającym. Ci zaraz zaczynają go bić
knutami i kolbami, wyzywając
najokropniej. Janas krwawi mocno. Naraz
rozlega się strzał, który daje jeden z
żołnierzy; kula przechodzi Janasowi
przez prawe przedramię. Żołdactwo
podnosi ryk zwierzęcy i twierdzi
podstępnie, że to Janas strzelił:
"Co ty polska świnio, teraz nawet
strzeliłeś. Pokażemy ci, co to znaczy
napadać Niemców." "Kamraci -
odpowiada Janas spokojnym głosem -
jeżeli coś złego uczyniłem, to mnie
aresztujcie ale wiem dokładnie, że nie
przestąpiłem żadnego prawa. Czymże
miałbym strzelać, kiedy broni nie
mam?" Lecz żołnierze na to nie
zważają. Prowadzą go, bezustannie
biczując, na powrót do mieszkania, aby
odbyć rewizję. Nie znajdują żadnej
broni, natomiast inny "corpus
delicti", mianowicie trzy małe,
papierowe chąrągiewki polskie.
Zaczynają go na nowo bić. Siostra
błaga żołnierzy, żeby się nad bratem
nie znęcali. Obrzucają ją za to
najohydniejszymi wyzwiskami. Janasa
potrącają nogami, z mieszkania na
podwórze. Krwią zalany leży u nóg
swych brutalnych katów. Bezustannie
krzyczą: "Polska świnio,
psie" itp. i kopiąc go nogami
toczą go niby piłkę nożną 60 metrów
z pagórka na dół. Wreszcie Janas
zbiera ostatnie siły i ucieka około 300
metrów dalej. Otwierają za nim
regularny ogień. Męczennik szuka
schronienia w domu szlachetnego obywatela
niemieckiego, lecz zostaje zdradzony
przez jakieś kobiecisko.
Z dzikim krzykiem wywłóczą żołnierze
na pół umarłego z izby. Jeden z
żołnierzy wyłupuje mu prawe oko, drugi
wybija mu obcasem zęby szczęki dolnej.
Inny go pyta szyderczo: "No, ty
polska świnio, czy jesteś jeszcze
Polakiem?" "Polakiem aż do
śmierci" brzmi odpowiedź.
Stawiają go pod drzewo, lecz upada ze
słabości. Leżącego przeszywa 15 kul.
Martwe ciało rzucają nieludzcy
żołnierze na kupę popiołu. Ciało
męczennika to jedna wielka rana.
Wszystkie kości były połamane. Dwie i
ćwierć godziny, znęcało się 16
żołnierzy nad tym niewinnym dzielnym
człowiekiem; w końcu go bez sądu, po
zbójecku zamordowano. Trzeba dodać, że
w Rudzie nie było powstania. Tam ze
strony polskiej nie padł ani jeden
strzał. Janas nie posiadał broni.
KS. PROBOSZCZ WINCENTY RUDA
urodził się w Wójtowej Wsi przy
Gliwicach w 1882 r. Był kapelanem w
Mikulczycach i w Imielnicy, potem
kuratusem w Pokrzywnicy, później w
Marcinkach, w pow. sycowskim, wsi
należącej obecnie do Polski. Tutaj
wybudował plebanię, małą chałupkę,
bo okolica jest biedna. Był to ksiądz
bardzo gorliwy i sprawiedliwy. Liczył
lat 37. W politykę wcale się nie
mieszał.
Nie zapierał się pochodzenia polskiego
i kochał język polski. To była jego
zbrodnia.
15 stycznia 1919 r. podczas
najostrzejszych walk plebiscytowych
między Polakami a Niemcami na terytorium
byłego zaboru pruskiego, wpadła do
wyżej wymienionej wsi kompania pod
dowództwem podporucznika Kocha.
Ponieważ ks. Ruda nie ukrywał nigdy,
że jest Polakiem, a nawet odważył się
prócz niemieckich gazet, prenumerować
jedną polską, więc naturalnie
uchodził w oczach dowódcy grencszucu
jako niebezpieczny "szpieg"
polski, postanowił go usunąć. W tym
celu wysłał sześciu ludzi, którzy go
mieli, jako podejrzanego o szpiegostwo i
aresztowanego odprowadzić rzekomo do
głównej kwatery grencszucu. Ks.
proboszcz Ruda nie przeczuwając nic
złego i nie poczuwając się do żadnej
winy, poszedł z, czterema żołnierzami
przez pola ku Mąkoszycom. Tchórzliwi
mordercy ugodzili go pięcioma kulami;
również otrzymał pięć ran od
pchnięć bagnetem lub nożem (3 w prawym
boku i 2 w głowie).
KS. PROBOSZCZ FRANCISZEK MARKS
Dnia 11 maja w nocy roku 1921 zbliżyła
się ku probostwu ks. Marxa w Starym
Oleśnie szajka podejrzanych osobników.
Swiadkowie zauważyli, że byli między
nimi: 1. kapitan Kirsch z Małych
Lasowic, dzierżawca domen gronowskiej i
lasowskiej;
2. major hrabia Bethuse - Huc z Bankowa,
właściciel kilkunastu dworów w
powiatach oleskim i kluczborskim; 3.
rotmistrz Ismer z Jasienia; 4. nauczyciel
ewangelicki Nikolaus z Gronowic; 5. syn
gościnnego Albrecht z Marynowa; 6.
pisarz gospodarczy Dorn ze Starego
Oleśna; Sock i Duda oraz 35 innych
sztostrupIerów z Gronowic, Kocianowic i
okolicy.
Przybywszy na probostwo wypuszczali kule
świetlane, aby rozeznać, gdzie znajduje
się sypialnia księdza. Odkrywszy ją,
rozpoczęli strzelaninę, roztrzaskali
następnie troje drzwi i podeszli ku
sypialni, wołając aby proboszcz
wyszedł. Gdy tenże nie usłuchał
zaraz, ponieważ szukał klucza do drzwi,
który był wypadł z zamku, dali ognia
przez drzwi, pono coś 35 strzałów,
wołając: "Du katholische Pfaffe,
du musst raus, du kommst nicht mehr nach
Rom!" (Ty popie katolicki, ty musisz
wyleźć, ty do Rzymu już nie
pojedziesz.) Gdy w końcu otwarły się
drzwi, na pół tylko ubranego porwali
zbiry, zwlekli po schodach na dół, a
potem prowadzili w kierunku Kościanowic.
Posłuchano ich w drodze, jak znęcając
się nad kapłanem katolickim zapytywali
go, dlaczego w jego parafii znalazły
się dwie gminy za Polską. Gdy zapytany
odpowiedział, że sam wprawdzie jest
Niemcem lecz, że ludność w parafii ma
polską i jej, a zwłaszcza robotnikom
polskim, pragnąłby pomagać
najszczerzej, rozwścieczony któryś
luter - hakatysta, zdawało się, że
major hrabia Bethuse-Huc krzyknął:
"Schiesst den katholischen Pfaffen
nieder", (Zastrzelcie tego popa
katolickiego.) Następnie zamordowali
Niemcy w okrutny sposób ks. prob. Marxa.
Dotychczas nie wiadomo, gdzie spoczywają
zwłoki ks. Marxa.
KS. DZIEKAN AUGUSTYN STRZYBNY
Urodził się 1 maja 1876 i wyświęcony
na kapłana został w roku 1901. Około
10 lat był proboszczem w Mizerowie, pow
kozielski. Był bratem ks. proboszcza
Strzybnego w Rozbarku. Wieczorem około
godz. dziewiątej 31 października 1921,
mordercy pięciu kulami pozbawili życia
ks. dziekana Strzybnego w Mizerowie. Do
godz. ósmej był ks. dziekan Strzybny
czynny w konfesjonale. Kiedy po ósmej
godzinie opuszczał zakrystię, aby się
udać na probostwo, padły kilkakrotne
strzały.
Nikt z domowników plebanii na to nie
zważał, gdyż w ostatnim czasie we wsi
strzelano często. Dopiero po dłuższym
czasie, gdy księdza dziekana nie było
widać, udała się siostra jego do
kościoła, aby go odprowadzić do domu.
Na połowie drogi, pomiędzy plebanią a
kościołem znalazła brata leżącego na
ziemi bez życia. U godzony został
pięciu strzałami. Ks. dziekan Strzybny
przyznawał się otwarcie do polskości i
był przed śmiercią swoją ze strony
niemieckiej wielce prześladowany.
Sztostruplerzy urządzili kilka rewizji w
jego mieszkaniu za bronią; musiał nawet
uciekać i schronić się na dłuższy
czas w nyskiej okolicy, gdzyż grożono
mu śmiercią.
DR ANDRZEJ MIELĘCKI
Ur. 1864 r. w powiecie kaliskim.
Studiował medycynę w Berlinie i
Monachium. Od 1899 pracował w
Katowicach.
Założyciel wielu polskich towarzystw.
Działał w Centralnym Komitecie Pomocy
dla Dzieci w Katowicach (po I powstaniu).
W 1920 r. był członkiem Pols. Kom.
Plebiscytowego w Katowicach. Zamordowany
przez Niemców 17 sierpnia 1920 r. Jako
obywatel, człowiek i lekarz o wielkiej
wiedzy, zjednał sobie szacunek i
zaufanie u Polaków i Niemców.
Podczas walki motłochu ulicznego z
wojskiem francuskim w Katowicach pękł
granat ręczny. Ktoś z tłumu zawołał:
"Das war der Polenkonig dr
Mielęcki, raus mit ihm, lynchen muss man
den Hund!" Cała zgraja
rozwydrzonych Niemców wdarła się do
mieszkania polskiego lekarza, który
właśnie zakładał ostatni bandaż na
głowę rannego Niemca. Nieszczęśliwego
lekarza wywlekli siepacze z kryjówki i
po schodach zrzucili go na podwórze,
gdzie zaczęli się pastwić nad swą
ofiarą. Z podwórza wywleczono
nieszczęśliwego na ulicę dla zabawki
wściekłego motłochu. Podniosły się
kije, laski, żelazne druty, siekąc
niemiłosiernie ciało lekarza.
Ubranie, poszarpane na strzępy, wkrótce
pomieszało się z krwią i ziemią,
tworząc jakąś bezkształtną,
łączącą masę. Ludzie - zwierzęta na
chwilę ochłonęli, coś nimi ruszyło
na widok sponiewieranego człowieka.
A działo się to na oczach jego żony i
córki, które przerażone tak
straszliwym męczeństwem swego męża i
ojca, bezwładnie osunęły się na
ziemię. Zajechał wóz sanitarny.
Mordercy, myśląc że dr Mielęcki nie
żyje, porwali leżące ciało i rzucili
je do wozu. Nieszczęśliwa ofiara
bestialkich instynktów motłochu,
dawała jeszcze znaki życia. Ten resztek
życia na nowo podburzył tłum, który
znów z dzikim rykiem rzucił się na
wóz i popędził z nim w stronę rzeczki
- Rawy. Nad brzegiem wyrzucono
konającego z wozu, ażeby dopełnić
zemsty na "polskim królu". A
jest to rzeczywiście król polskich
męczenników górnośląskich.
Oprawcy zdarli z niego resztki odzieży i
zaczęli tak długo bić i kopać aż nie
pozostało na nim ani jedno zdrowe
miejsce. Kilku zwyrodniałych opryszków
wytłoczyło deski z wozu ratunkowego,
dobijając nimi dr Mielęckiego. I gdy
przed nimi leżał tylko nieruchomy,
poszarpany, sino - krwawy trup, bez
kształtu, masa z błota i krwi, rzucili
go do brudnej, mętnej rzeki.
DR WINCENTY STYCZYŃSKI
Ur. 5 XII 1872 r. w Śremie. Studiował
medycynę we Wrocławiu, po czym podjął
pracę na G. Śląsku. Dnia 18.4.1922 r.
zamordowany został w Gliwicach. Dr
Wincenty Styczyński, był polskim
doradcą technicznym przy koalicyjnym
kontrolerze powiatowym na miasto Gliwice
i prezesem frakcji polskiej, Rady Ludowej
w Gliwicach. Zwyrodniały morderca
wszedł do mieszkania dr Styczyńskiego
jako pacjent. Gdy dr Styczyński uchylił
drzwi, aby zawołać następnego
pacjenta, zbliżył się do niego
nieznajomy i dał do niego dwa strzały
rewolwerowe, które ugodziły go w
skroń. Jedna kula przeszyła na wylot
głowę, a druga utkwiła w czaszce. Dr
Styczyński zmarł natychmiast. Morderca
zdołał zbiec. Gospodyni dr
Styczyńskiego po usłyszeniu strzałów
wybiegła do przedpokoju i chwyciła
mordercę za ramię, trzymając go
kurczowo i wołając o ratunek. Morderca
jednak silnym uderzeniem jej w głowę
rewolwerem, uwolnił się i umknął. Na
ulicy wsiadł na rower i uciekł.
Dr Styczyński pochodził z Wielkopolski,
liczył 45 lat, na Górny Śląsk
przybył przed 20 laty i osiadł w
Gliwicach jako lekarz, gdzie też
cieszył się ogólnym szacunkiem nie
tylko Polaków lecz i spokojnych
Niemców. Przed wojną dr Styczyński
brał udział w pracach polskiego
komitetu. W roku 1919 wybrany został
przez Polaków radnym miejskim w
Gliwicach, gdzie też polscy radni
wybrali go przewodniczącym frakcji
polskiej. Na posiedzeniach rady dr
Styczyński bronił zawsze śmiało praw
ludności polskiej w Gliwicach. W roku
1920 powołany został przez Komisję
Międzysojuszniczą na doradcę
technicznego przy kontrolerze koalicyjnym
na miasto Gliwice i na tym stanowisku
jako rzecznik ludności polskiej miasta
Gliwic a w ostatnim czasie także powiatu
gliwickiego położył niespożyte
zasługi około obrony ludności
polskiej. Jako doradca techniczny był dr
Styczyński urzędnikiem Komisji
Międzysojuszniczej.
OBRAZKI Z CZASOW OKUPACJI
GÓRNEGO ŚLĄSKA PRZEZ WOJSKA ALIANCKIE
Dnia 9 kwietnia 1922 r. o godz. 3 - ciej
władze koalicyjne dowiedziawszy się,
że na starym cmentarzu epidemicznym
między Gliwicami a Sośnicą znajduje
się przechowana broń niemiecka,
wysłały tamże 1 kompanię francuską i
sekcję pionierów francuskich dla
dokonania rewizji. W sklepie pod kaplicą
cmentarną znalezionio znaczną ilość
broni, w tym karabiny ręczne i maszynowe
oraz wielką ilość amunicji. Gdy
pionierzy weszli do podkopu, aby wydobyć
broń, nastąpiła silna eksplozja,
wskutek której zginęło na miejscu 7
pionierów i 4 żołnierzy. Zabity także
został francuski urzędnik policyjny
oraz grabarz.
Rannych zostało 10 żołnierzy i 3
oficerów, 3 żołnierzy zostało
ciężko rannych. Stwierdzono, że ten
magazyn broni był podminowany i że
eksplozja nastąpiła wskutek specjalnego
urządzenia, mianowicie do drzwi podkopu
przywiązany był sznur, który wskutek
poruszenia drzwi spowodował wybuch.
Cała kaplica rozleciała się gruzy a
wybuch był tak silny, że części
ciała zabitych wyrzucone zostały o 100
metrów od kaplicy. Na miejscu eksplozji
powstała wyrwa o 10 metrach średnicy i
4 metrach głębokości. Dnia 11 kwietnia
odbył się w Gliwicach na cmentarzu
garnizonowym obrzęd pogrzebowy dla 17
Francuzów, z których 11 zwłok było
całych, z trzech były tylko szczątki,
zaś reszta trzech zaginęła zupełnie,
tj. ciała ich zostały rozszarpane
zupełnie w drobne części tak, że nie
można było ich w całości zebrać.
Na pogrzeb przybyli z Opola gen. Le Rond,
gen. Noulin głównodowodzący wojsk
alianckich na G. Śląsku, prócz tego
zastępcy Włoch i Anglii Komisji
Międzysojuszniczej, jak też
przedstawiciele wojska angielskiego i
włoskiego na G. Śląsku. Wszystkie
oddziały wojsk francuskich na G.
Śląsku przysłały na pogrzeb deputacje
z wieńcami. Na pogrzebie była obecna
także delegacja polska z doradcą
technicznym na miasto Gliwice, dr
Styczyńskim na czele, który złożył
wyrazy współczucia na ręce generała
Le Ronda.
Z ŻYCIA WOJSK OKUPACYJNYCH NA
GÓRNYM ŚLĄSKU
Czas 18 - miesięcznej okupacji Górnego
Śląska przez wojska sprzymierzonych
państw, to czas historyczny. Podczas
tejże okupacji właśnie wybuchły dwa
powstania górnośląskie. Stosunek
poszczególnych wojsk do ludności
miejscowej był różny; najpoprawniejszy
był on ze strony Francuzów. Wiele
ciekawych epizodów zdarzyło się w tym
czasie. W prywatnym życiu Francuzi,
Anglicy i Włosi odnosili się inaczej do
Polaków a inaczej do Niemców.
Niektórzy wojskowi zaprzyjaźnili się,
pozawierali bardzo wiele znajomości i
zadzierzgnęli nawet węzły
pokrewieństwa z rodzinami polskimi i
niemieckimi.
HISTORYCZNA CHWILA
W dniu 15 czerwca 1922 r. o godz. 10.30
wieczorem, rozegrała się w Opolu, na
wielkiej sali w gmachu Komisji
Międzysojuszniczej, historyczna chwila
oddania Państwu Polskiemu części
polskiej G. Śląska, przyznanej mu
decyzją Rady Ambasadorów dnia 20
października 1921 r. Posiedzenie zagaił
prezydent Komisji Międzys. generał Le
Rond krótkim przemówieniem, w którym
wskazał na pojednawczego ducha, w jakim
prowadzono od 4 maja 1921 r. pertraktacje
co do warunków oddania terytorium
plebiscytowego. Polskę reprezentował
wiceminister dr Seyda w towarzystwie
sędziego dr Zagórowskiego. Niemcy zaś
reprezentował dr Eckhard. Po
przemówieniu przewodniczącego podpisali
komisarze koalicyjni oraz pełnomocnicy
Polski i Niemiec warunki oddania.
ROZWOJ POLSKOŚCI W POWIATACH
PRZEMYSŁOWYCH GÓRNEGO ŚLĄSKA
Kolebką odrodzenia polskości na Górnym
Śląsku było bez zaprzeczenia miasto
Bytom z przyległymi gminami, jak
Piekary, Rozbark i innymi. Tu też
najpierw rozwinęło się potężniej
dziennikarstwo i ruch towarzystw. Tu
założono pierwsze gniazdo
"Sokoła"; stąd promieniowała
oświata na dalsze powiaty. W Bytomiu
osiadł się liczniejszy zastęp
inteligencji. Tu i w okolicy działali na
niwie narodowej wszyscy redaktorzy
"Katolika" jak: Konstanty Prus,
Paweł Dombek, Franciszek Godula i Galus.
Odznaczył się pomiędzy innymi i Paweł
Maciejczyk, dyr. banku i lekarz Spyra.
W Tarnogórskiem A.Szymkowiak (w 1923
sędzia pokoju w Katowicach) i kupiec
Ogierman w Radzionkowie, byli pierwsi w
powiecie, którzy wzniecili ruch narodowy
w Radzionkowie i okolicy. Powstały
wtenczas w ostatnim dziesiątku XIX w.
Towarzystwa Św. Alojzego: pierwsze
założone w Bytomiu, drugie w
Radzionkowie a trzecie w Piekarach.
Wyżej wymienieni założyli Tow. Św.
Alojzego także w Starych Reptach i
okolicy. Towarzystwa te miały podkład
religijny; przyczyniły się jednak na
schyłku XIX w. najwięcej do rozbudzenia
ducha narodowego. Praca ta wówczas nie
była łatwa.
Rząd pruski śledził każdy najsłabszy
ruch narodowy na Śląsku. Każdy, który
się podjął pracy uświadamiania
rodaków, musiał być przygotowany na
szykany ze strony władz niemieckich, na
kary pieniężne, utratę chleba i
więzienie.
Twierdzami polskości w pow.
tarnogórskim, w latach silnego ruchu
narodowego, były miejscowości
Radzionków i Wieszowa. W tychże wsiach
młodzi działacze, wyszli ze stanu
robotniczego i wychowani w towarzystwach
kulturalno - oświatowych, zasłużyli
się wielce około sprawy narodowej. Nie
można tu pominąć nazwisk osób, jak:
p. Szillera, p. Trzęsiocha, p. Krupy, p.
Millera w Radzionkowie. Ciż
przewodniczyli towarzystwom różnym i
dbali o rozwój polskości w północnej
części powiatu. W Wieszowie zaś
założyło grono młodzieży już w roku
1905 pierwsze towarzystwo oświatowo -
naukowe pod nazwą "Samopomoc
Naukowa młodzieży polsko -
katolickiej", którego członkowie
stawali kilka razy przed kratkami
sądowymi w Tarn. Górach. Rodzina i dom
pp. Słodczyków zasłynął tu
szczególnie, tutaj najpierw na poddaszu,
a później w osobno zbudowanej salce na
ten cel, skupiała się, dzielnym duchem
owiana młodzież Wieszowy i okolicznych
wiosek, kształciła się sama i
pielęgnowała wszystko, co swojskie. Z
tejże miejscowości roznosili ducha
polskiego do sąsiednich wsi wyrobieni
narodowo pp. Słodczykowie, pp.
Baksikowie i inni szermierze postępu i
odrodzenia ziemi piastowskiej.
Największa wieś w pow. tarnogórskim -
Mikulczyce, przez długi czas spała pod
względem narodowym; później od innych,
po zapoznaniu się z działaczami z
Wieszowy i okolicy, założono tamże
tow. śpiewackie i zaczęto budzić
miejscową młodzież do czynu. Kupiec
Ruda, p. Zingler, p. Bażantny, p. J.
Wyżgoł i inni zaczęli pracować coraz
intensywniej i przyczynili się do
założenia silnej twierdzy polskości w
tej części powiatu. Wojna światowa
poczyniła w tej wsi wielkie
spustoszenie, tysiące robotników
znajdowało się w obozie komunistycznym.
Dobra praca pp. K. Markitona i K.
Niestroja w Mikulczycach sprawiła, że
uratowano tę wieś, oczyszczono z
komunizmu a w okresie plebiscytowym
uzyskano absolutną większość polską.
Z chwilą, gdy rząd pruski kuł coraz
nowsze prawa wyjątkowe przeciw Polakom,
ruch narodowy nabrał większego rozmachu
i zaczął zataczać coraz szersze
kręgi.
Gazeta "Katolik", czytywana
dotąd przez szerszy ogół Polaków, nie
wystarczała już narodowcom, była za
mało radykalną.
Powstawały coraz nowsze wydawnictwa,
lecz nie mogły się utrzymać dla braku
większego kapitału. Z gazet wówczas
wyróżniała się jedna, wydawana przez
Jaochima Sołtysa w Gliwicach, który
zdołał skupić koło siebie liczniejszy
zastęp ludzi, owianych prawdziwym
idealizmem. Wśród tychże wyróżniali
się w Zabrzu: dr B.Hager, Karol Piecha,
Kloza, Lampner i Jan Wycisk. Wydawaniu
wspomnianej gazety położył kres
prokurator pruski.
W tym czasie rozpoczął się napływ
inteligencji z Wielkopolski na Górny
Śląsk. Od razu po połączeniu się tej
garstki z uświadomioną częścią ludu
śląskiego, wszczęto intensywniejszą
pracę; zaczęto pod czujnym okiem
policji pruskiej zakładać towarzystwa
polskie. Wśród pionierów wymienić
należy Józefa Tucholskiego, który
rozpoczął zakładać gniazda
"Sokole".
Obok niego działali na polu politycznym:
Aleksander Lewandowski, Antoni
Szymkowiak, dr Smierzchalski, adwokat
Adamczewski, Adolf Ligoń, Michał
Rzepka. W roku 1902 ukazali się na
arenie politycznej W.Korfanty i Jan
Kowalczyk.
W dalszej pracy oświatowej należy w
pow. katowickim wyróżnić: Ignacego
Malczewskiego, Adama Postracha, Tomasza
Kowalczyka, dr Mielęckiego, dr
Szyperskiego, dr Hyllę, panią F.
Ciemięgę, Antoniego Wolskiego,
Wojciecha Zająca, Kazimierza Raka,
Stanisława Webera, dr Seydę z Katowic.
W drugim dziesiątku XX w. zasłużył
się w pracy narodowej w Katowicach i
przyległej okolicy ks. Paweł Pośpiech.
Dokoła "Gazety Ludowej"
wydawanej przez niego, skupili się
ludzie z innych miejscowości. Na
pierwszym miejscu należy tu wymienić
Rozdzień - Szopienice. Tu praca narodowa
była wydatniejsza, niźli w innych
gminach. W gronie szermierzy polskich w
powiatach przemysłowych G. Śląska
znajdowali się niestrudzeni bojownicy:
Jan Badura, Juliusz Chowaniec, Piotr
Łyszczak, Piotr Plewniak, Franciszek
Rychter, Lucyga, Henryk i Alojzy
Morgała, Augustyn Skopek, Edward
Kalinowski i Józef Tkocz. Szczególnie
przed i w czasie plebiscytowym odznaczył
się Jan Nyga jako nauczyciel języka
polskiego dla Górnoślązaków i
redaktor "Nowego Czasu".
Roździeń - Szopienice stały się
twierdzą polskości; stąd szły hasła
do wszelkiej twórczej pracy. W innych
wielkich gminach powiatu katowickiego
pracowali: dr Stęślicki, Dreyza, Jan i
Andrzej Korfanty, pan Kuźma i państwo
Morgałowie - w Siemianowicach; w
Bogucicach: p. Masny, Hornik, Szega i
Roman Tuszyński; w Małej Dąbrówce:
państwo Szeliga, Kleofas, Edward
Hołota; w Janowie: Stanisław Dejas,
Augustyn i Wilhelm Wójcikowie, Mikołaj
Mol i Wiktor Kotyrba; w Załężu: Józef
Sapa; w Brzezince: Piotr Korus; w
Kosztowach: Tomasz Klimczok; w
Mysłowicach: Baczyński; w Dębie -
Józefowcu: Antoni Manowski i Magiera; w
Brzęckowicach: Musioł i Wrana; w Rudzie
działał Sieroń i Kulpok.
Wielkie zasługi około rozwoju
"Sokoła" i związków
śpiewaczych położyli Michał Wolski i
pani Żnińska. Wybitny udział w pracy
narodowej brała także Janina
Omańkowska z Bytomia.
ROZWOJ POLSKOSCI W POWIATACH
ROLNICZYCH GÓRNEGO ŚLĄSKA
Do rolniczych powiatów Górnego Śląska
można zaliczyć: powiat opolski,
raciborski, gliwicki i strzelecki do
najbardziej narodowo uświadomionych.
Szczególnie powiat opolski, prędzej od
innych dowiódł, że ma silnego ducha
polskiego, ale też poczucie polskości
zawdzięcza swym dzielnym i starym
wiarusom, włościanom przywódcom,
mężom opatrznościowym, którzy z
poświęceniem pracowali na najdalszych
rubieżach zachodnich ziem polskich.
Powiat opolski był szczęśliwszy od
innych, gdyż posiadał więcej
uświadomionych przedstawicieli ludu.
Inni już tradycyjnie stali na straży
sprawy narodowej w starym grodzie
piastowskim nad Odrą. Oprócz redaktora
Koraszewskiego byli i inni, pomiędzy
nimi Franciszek Kurpierz wydawca
"Nowin Opolskich" i bankowiec
Antoni Pawlyta, księgarz, którzy
dzielnie nieśli sztandar imienia
polskiego w tym najrozleglejszym powiecie
G. Śląska; ci szczególnie w ostatnich
latach przyczynili się do rozwoju
polskości w powiecie.
Powiat opolski już w roku 1898
przeprowadził do parlamentu niemieckiego
posła polskiego, wprawdzie jeszcze do
partii centrowej, ale przeciw
kandydaturze niemieckiej. Był nim
pozasłużbowy major Szmula, właściciel
dóbr Friedewalde w Grotkowskiem, syn
ludu polsko - górnośląskiego, którego
centrowcy już w roku 1893 pozbawili
mandatu do sejmu pruskiego za zbyt
serdeczne przestawanie z ludem polskim,
przemawianie na wiecach, uczestniczenie w
zabawach i uroczystościach za zbyt
serdeczne przestawanie z ludem polskim,
przemawianie na wiecach, uczestniczenie w
zabawach i uroczystościach Iudowych itp.
Śmiało i dzielnie działali w owym
czasie w sprawach wyborczych i narodowych
włościanie: Tomasz Baron z Wójtowej
Wsi, Wojciech Kuśnierz z Domecka,
Błażej Stach z Chrościny i
właściciel łodzi Jan Mehl z
W.Dobrzynia. Trzeba zaznaczyć, że
powiat opolski był jedyny który
zdołał przy jawnych i trzyklasowych
wyborach do sejmu przeprowadzić
kandydata polskiego.
Co się poprzednio powiedziało o
powiecie opolskim, to w wielu
szczegółach powtórzyć można
odnośnie do polskiego ruchu ludowego w
innych powiatach rolniczych naszych
zachodnich kresów. W okręgu wyborczym
raciborskim już w roku 1893 postawiono
jako kandydata na posła do Koła
Polskiego pozasłużbowego nauczyciela
Filipa Robotę.
Agitacją wyborczą kierowali zręcznie i
sprężyście lekarz dr Rostek, redaktor
J. K. Maćkowski i inni dzielni
mężowie, tak iż kandydat polski
otrzymał blisko 6000 głosów. Choć
Polak przepadł, ponieważ na centrowca
ks. Franka głosowali, prócz
połączonych stronictw niemieckich,
także Morawianie, zamieszkujący w
przeszło 30% ten okręg, to jednak 6000
głosów oddanych na polskiego kondydata
świeckiego, przeciw władającemu dobrze
polskim językiem i popularnemu
kandydatowi duchownemu partii centrowej,
świadczą dostatecznie o narodowym i
obywatelskim uświadomieniu ludności,
która choć również i przy następnych
wyborach zwycięstw odnosić nie mogła,
polskość i poczucie narodowe
uwydatniała w ruchu towarzystw żywotnie
się rozwijających, w bardzo pomyślnym
rozwoju Banku Ludowego w Raciborzu i
innych narodowych instytucjach.
W najgorszym położeniu, już dlatego,
że nie miały w głównych swych
środowiskach własnej prasy polskiej i
dostatecznie zorganizowanych władz
kierowniczych, znajdowały się zawsze
powiaty prudnicki i kozielski,
sąsiadujące z zachłannym i zaczepnym
żywiołem niemieckim, który zwłaszcza
podczas przygotowań do plebiscytu dawał
się dotkliwie we znaki. Powiaty te
jednak zawsze mężnie walczyły o swoje
prawa narodowe. Kozielskie oddawało przy
każdorazowych wyborach do parlamentu
tysiące głosów na kandydata polskiego,
a okręg prudnicki wybierał od wielu lat
posłem rolnika Strzodę z Wierzchu,
który wprawdzie należał do
"Centrum", ponieważ większa
część okręgu wyborczego zamieszkana
była przez Niemców, ale był wybrańcem
ludu polskiego. Pan Strzoda uzyskał
mandat poselski w roku 1894 wśród
niezwykłych okoliczności. Chodziło o
wybory uzupełniające, ponieważ
dotychczasowy poseł ks. Cytronowski
złożył był swój mandat.
Oficjalnie "Centrum" postawiło
jako kandydata Niemca Delocha, oficera
pruskiego i właściciela ziemskiego z
Dobieszowa (w pow. prudnickim). Natomiast
chłopi polscy z okolicy Głogówka,
którzy Delocha posłem mieć nie
chcieli, postawili cichaczem, bez
uwiadomienia nawet gazet polskich, rodaka
swego pana Strzodę i rozwinęli z ust do
ust i za pomocą wydrukowanych w
ostatniej chwili odezw, żywą agitację
za swoim kandydatem. Rezultat był
nadspodziewany. Strzoda otrzymał 3501
głosów, Deloch 3896, socjalista 619
głosów.
Nastąpić musiały ściślejsze wybory,
które naznaczono na dzień 25 stycznia
1894 r. Strzoda, kandydat ludu polskiego,
poparty przez część włościan
niemieckich, otrzymał 7565 głosów,
Deloch zaś, na którego w pierwszym
wyborze oddano 3896 głosów, spadł
teraz na 2746. Strzoda został wybrany, a
wybór jego stał się prawdziwym
triumfem polskiego stanu rolniczego w
Prudnickiem, który przez wszystkie
dalsze kadencje swego posła na
wyniesionym stanowisku zdołał utrzymać
i czcił go jako swego wodza i obrońcę.
Dziwnym się moze wydać, że właśnie
te powiaty, które liczyły największy
procent ludności polskiej, jak: powiat
oleski, kozielski, prudnicki, lubliniecki
i strzelecki, nie mogły nigdy
przeprowadzić posłów polskich do
parlamentu niemieckiego i sejmu
pruskiego. Tu trzeba podnieść fakt, że
powiaty te były pozbawione liczniejszych
szermierzy narodowych wyszłych ze stanu
chłopskiego i robotniczego, którzy by
byli nieśli oświaty kaganek przed
narodem. Także ruchu towarzyskiego nie
było tu zrazu żadnego, a jednostki,
które pracowały nad podniesieniem
rodaków, nie mogły podołać
uciążliwej pracy, którą utrudniał
także zbyt rozległy obszar tych
okręgów.
Praca taka wymagała ogromnego nakładu
sił i wielkiego patriotyzmu. Okres
plebiscytowy wprawdzie pobudził
ospalszych do czynu nad uratowaniem tych
ziem dla Polski, ale już było za
późno; zaniedbanie to odbiło się
następnie fatalnie przy plebiscycie. Z
wyjątkiem powiatu strzeleckiego, który
dzięki dobrej pracy plebiscytowej
głosował większością głosów za
Polską, powiaty te przepadły z kretesem
przy plebiscycie.
Nie można pominąć milczeniem
działaczy polskich w pow. gliwickim, F.
Orlickiego i J. Sikory, którzy kierowali
ruchem narodowym w powiecie i nie
szczędzili żadnych trudów przed i w
czasie plebiscytowym. W Raciborskiem
wiele działali na niwie narodowej:
Paweł Gacka, Pardygoł, Raczek,
Paleński.
W Rybnickiem pracowali z uznaniem: dr
Biały, adwokat dr Różański, księgarz
Basista, Jan Dziuba. W Lublinieckiem:
państwo Niegolewscy, panowie Rzeźniczek
i Kizer. W Pszczyńskiem - pan Kędzior,
któremu pomagał duży zastęp
światłych, idealnych włościan.
W okręgach przemyłowych G. Śląska
było przed wielką wojną światową
pomiędzy duchowieństwem bardzo mało
księży, przyznających się otwarcie do
polskości, gdyż z reguły najlepsze
probostwa w przemysłowej okolicy
obsadzano Niemcami. Wszystkich, którzy
się wyróżnili i zasłużyli około
budzenia ducha polskiego na G. Śląsku
można było na palcach policzyć; ci
otrzymali uboższe probostwa w powiatach
rolniczych G.Śląska.
Do nich trzeba zaliczyć sędziwego ks.
posła Wajdę z Kielczy, w pow.
strzeleckim, wielce w ostatnich latach
prześladowanego przez Niemców, ks
dziekana Skowrońskiego z Białej pod
Ligotą w pow. prudnickim; ks. proboszcza
Władysława Robotę z Gierałtowic, w
pow. gliwickim; ks. posła Brandysa z
Dziergowic, w pow. kozielskim; ks.
Rogowskiego z Jędryska, w pow.
tarnogórskim; dalej ks. Kuderę,
ks.Gregora, ks. Gługosza.
BRONISŁAW KORASZEWSKI
Najstarszym co do działalności
publistycznej redaktorem na G. Śląsku
był Bronisław Koraszewski, wydawca i
założyciel "Gazety
Opolskiej". Koraszewski przybył na
G. Śląsk w roku 1888 z Wielkopolski. Po
krótkiej działalności w Królewskiej
Hucie, a następnie w Bytomiu, założył
za zachętą mecenasa Stanisława Bełzy
z Warszawy i posła górnośląskiego
majora Szmuli "Gazetę
Opolską" w Opolu, wydawaną tam w
odmiennych i nader trudnych kolejach losu
już od 1890 r. "Gazeta
Opolska" znajdująca się w
ostatnich zwłaszcza latach przed wojną,
w pełnym rozkwicie i w dobrych warunkach
materialnych, upadła z powodu
prześladowań w czasie wojny, a
następnie po niekorzystnym wyniku
plebiscytu i nieszczęśliwym
rozstrzygnięciu Ligi Narodów do tego
stopnia, że o własnych siłach
utrzymać się nie mogła.
W czasie plebiscytowym odznaczyła się w
Opolu pani aptekarzowa Krauzowa, która
pracowała wiele w towarzystwach Polek.
CZĘŚĆI KRAJU GÓRNOŚLĄSKIEGO
PRZYZNANEGO POLSCE
CZĘSCI POWIATU BYTOMSKIEGO
Na północ od powiatu katowickiego,
rozciąga się powiat bytomski. Część
jego wschodnia, to miasto Bytom. Ziemia
bytomska, to właściwie czysto
krakowska, tak jak cała wschodnia dolna
część Górnego Śląska, która
należała do Księstwa Krakowskiego
przed podziałami i po podziałach
Bolesława Krzywoustego. Dopiero
Kazimierz Sprawiedliwy w czasie walki o
tron krakowski z Mieczysławem Starym,
chcąc ująć dla siebie Mieczysława,
księcia raciborskiego, darował mu
szeroki pas ziemi krakowskiej, na którym
wznosiły się Bytom, Oświęcim, Zator,
Pszczyna i Siewierz (1179). Część tego
"daru" powróciła z czasem do
Polski. Oleśnicki kupił księstwo
siewierskie dla biskupstwa krakowskiego.
Potem Kazimierz Jagielończyk nabył dla
Polski Księstwo Oświęcimskie, a Jan
Olbracht, Zatorskie. Przy Śląsku
zostały: Bytom i Pszczyna i oczywiście
całe ich okręgi z gruntami, na których
dzisiejsze: Katowice, Królewska Huta
(Chorzów) itd. Należały one aż do
roku 1821 do diecezji krakowskiej.
Bytom nam odebrano - była to jedna ze
strat największych. Do ostatnich czasów
był on jednym z głównych ognisk
polskości. Pierwsze wspomnienie
historyczne posiada Bytom z czasów walki
Bolesława Kędzierzawego z Fryderykiem
Rudobrodym. Polacy, nie mogąc obronić
miasta, sami je podpalili (1175). Przy
podziale po śmierci księcia
Władysława opolskiego, Bytom został
stolicą osobnego księstwa. Kazimierz,
książę bytomski, podczas zatargów z
braćmi i innymi książętami
śląskimi, poddał się pod opiekę
Wacława II, króla czeskiego i odtąd
księstwo bytomskie stało się lennem
czeskim (1289). Po wygaśnięciu
Piastowiczów śląskich, cesarz Karol IV
przyznał księstwo bytomskie
Przemysławowi, księciu cieszyńskiemu.
Wkrótce jednak przeszło ono w
posiadanie książąt opolskich, po
których wygaśnięciu (r. 1582) dostało
się margrabiom a potem kurfirstom
brandenburskim. Cesarz Ferdynand II
zastawił je u księcia Henckla v.
Donnersmarck; nie mogąc zwrócić
pożyczki, oddał je mu na własność
dziedziczną.
Bytom posiada w ogóle sporo wspomnień
historycznych. Prawa miejskie otrzymał w
roku 1178. Mieczysław Stary zbudował w
nim zamek w 1200 r. W roku 1430 zdobyli
go czescy Taboryci, którzy dla Śląska
byli bodaj czy nie większą plagą niż
Mongołowie: kraj niszczyli, miasta
palili, ludność wyrzynali lub
uprowadzali. Pokonał Husytów Mikołaj,
książę raciborski i przez pewien czas
rezydował w Bytomiu.
"Lata 1460 zjechali się do Bytomia
- pisze Bielski - Czechowie z Polski,
chcąc zgodę i przyjaźń dobrą Panów
swych widzieć między sobą" -
szło o pogodzenie Kazimierza
Jagiellończyka z Jerzym Podjebradem.
Widział Bytom w swoich murach i
Sobieskiego.
Mieszczanie bytomscy mieli się tak
świetnie, że córki swoje w srebrnych
kolebkach kołysali. Nie było w tym nic
zresztą nadzwyczajnego, gdyż w
posiadaniu ich pozostawały kopalnie
srebra, znane już w XI wieku. Ale w
połowie wieku XIV woda zalała kopalnie
i dawna zamożnogć mieszczan ustała.
Legenda opowiada, że sami sobie byli
winni, że ponieśli zasłużoną karę
za chciwość i butę, które ich
doprowadziły do utopienia dwóch
księży (1367). Legenda ta, dogć
interesująca, oparta jest zresztą na
fakcie historycznym, zapisanym u
Długosza.
Wiek XIX powrocił Bytomiowi dawne
"srebrne czasy", wprawdzie nie
w postaci żył srebrnych (choć i srebra
tu się nieco dobywa), ale w postaci
węgla, galmanu i rudy żelaznej. Te
bogactwa wywołały w samym Bytomiu i w
jego okolicy wielki ruch przemysłowy.
Miasto posiada (1923 r.) trzy kościoły,
zbór ewangelicki, sądy niższy i
wyższy, urzędy państwowe, szkoły
wspaniałe, kąpiele, dom sierot itd., a
pod tym względem "zaspokajania
potrzeb i wygód" stoi na równi z
miastami, szczycącymi się swą miejską
gospodarką. W roku 1905 liczono w
Bytomiu 310 zakładów przemysłowych
różnych gałęzi, między którymi
było 28 zakładów poruszanych parą,
wśród których fabryki maszyn i młyny
parowe pierwsze zajmowały miejsce.
Bytom zajmuje wybitne stanowisko w
dziejach rozwoju polskiego ducha
narodowego i życia umysłowego na
Górnym Śląsku, "Podróżny -
pisze Lompa w jednym ze swych listów -
niechaj tu nie mija uczciwego proboszcza
Szafranka, gorliwego obrońcę języka
polskiego, którego godłem jest:
"Macierzyńska mowa jest kluczem do
wszelkiego moralnego i politycznego
wychowania ludu". Ks. Szafranek, o
którym wspomina Lompa, był pierwszym na
wielką skalę działaczem narodowym na
G. Śląsku. W roku 1848 wybrany posłem
do Berlina, energicznie występował w
obronie praw narodowych. Jako o takim,
jeszcze po 30 latach wspominał Biernacki
z przekąsem w jednym ze swych
przemówień parlamentarnych. Lud
powracającego z Berlina Szafranka witał
uroczystym, z pochodniami, orszakiem i
okrzykami: "Niech żyje narodowość
śląska!"
POWIAT KATOWICKI
Na północ od powiatu pszczyńskiego, a
na wschód od Królestwa Kongresowego,
powstał powiat katowicki, a właściwie
powstały dwa powiaty katowickie, miasto
Katowice bowiem stanowiło powiat osobny.
Wchodziły one w skład powiatu
bytomskiego, dopóki nagły wzrost
Katowic nie zmusił dla nich i dla ich
okręgu wydzielić osobnych urzędów
powiatowych.
Katowice nie mają tradycji - są nowym
tworem, powstałym wskutek rozwijającego
się przemysłu hutniczego i górniczego.
Miastem zostały dopiero w roku 1860.
Była to na początku XIX w. mała
wioszczyna pograniczna, wśród
nieżyznej gleby, z drewnianymi
chałupami. W roku 1832 miała zaledwie
750 mieszkańców. Wzrost jej nagły
rozpoczął się dopiero około roku
1840, a już po latach kilkunastu, stała
się ważnym ogniskiem przemysłowym.
Zwiedzał ją około roku 1855 głośny
literat i działacz górnośląski,
Józef Lompa. Wrażenia, jakie odniósł,
warte są przytoczenia, nie dlatego
tylko, że są odbiciem tego zdumienia,
jakie na ówczesnych Górnoślązakach
wywierało nagłe przeistoczenie małej
wioszczyny w miasto, na amerykańską
modę powstające.
"W Katowicach - pisał Lompa (styl i
język w całości zachowujemy) - jest
węzeł, pośrodek górnośląskiego
przemysłu. Miejsce to jeszcze nosi
nazwę wsi, ale wchodząc wieczorem do
zajezdnego Welta, albo obiadując u niego
przy table d'hote, mniema się być w
największym wrocławskim hotelu,
pożycie tutejsze na barwę wielkiego
miasta. Tu zgromadza się wszystko -
wielu oficjantów zamieszkuje w
Katowicach - a podróżujący radzi tu
nocują. Wszystkie te utwory wywołał
tajemny radca Grundmann. Katowice będą
wzrastać jako miasto amerykańskie; obok
gustownie częściowo okazale
wystawionych domów, powstają ciągle
nowe, a wkrótce stanie tam kościół
ewangelicki. Już dzisiaj zasługują
Katowice na imię miasta i mają ku temu
warunki, różniąc się mało od innych
miejsc miastami zwanych". Uderzał
następnie Lompę potężny triumf pracy
ludzkiej. "Katowice mają z jednej
strony Hutę Siemianowicką (Laurahuette)
i Królewską Hutę za sąsiady na
Śląsku - każda w własnym dobrze
uporządkowanym obrębie z robotnikami,
urzędnikami, poczesami, ustawami osobne
departamenta stanowiące. Każdy sięga
tu, wszystka praca idzie z ręki do
ręki, równie jak machiny. Tu
przystępujcie wy Alchymiści! Tu jest
kamień mędrców znaleziony; panujący
porządek, wiadomości i praca - to jest
prawa kompozycja, która żelazo w złoto
przemienić zdoła. Tu Górny Śląsk z
Anglią w współzawodnictwo wstępuje,
to jest olbrzymi warsztat szyn żelaznych
kolei, owych pośredników kultury,
które ludzi i idee zmieszane w
kościołach sześciościannych
przerzucją, na żadne granice nie
zważając." Po opisie wyrobu szyn i
pochwale dla grzeczności urzędników,
Lompa zachęcał wędrowca do zwiedzenia
w pobliżu Laurahuette, podziemnej
gorejącej kopalni (słynny kilkuletni
pożar pokładów węglowych).
"W wieczornym czasie zajmujące
widowisko mieć będzie. Niby stary
cmentarz leży tu przestrzeń, podnoszą
się tu liczne mogiły; w niektórych
miejscach wybuchają dymy i płomienie,
jako świadki wewnętrznego działania
żywiołu; z ostrożnością można tu na
powierzchni tylko postępować, dokąd
się jeszcze podziemny ogień nie
dostał. Jak nieobliczalne bogactwo to
idzie na zniszczenie... Czyniono tu już
wszelkie możebne próby, aby ogień
przytłumić, ale bez skutku; kopalnia
wciąż pali się, a są miejsca, gdzie
już płomieniom nic do strawienia nie
pozostaje. Traci się tam bardzo wiele.
Mimo tego Śląsk posiada jeszcze bardzo
wiele palnego materiału. Lubo się lasy
przerzedzają, i dziennie niemal tysiące
sztuk drzew do podziemnych lochów na
podparcia i ściany ich wędruje, lubo i
huty bardzo wiele drzewa i węgla
konsumują, wystarczy go jeszcze na
długie czasy.
Kopalnia księcia Hohenlohe Sławęckiego
ma go tyle, że mu na 1200 lat wystarczy.
W Zabrzu i w wielu innych miejscach
wydawają piece koksowe wspaniały widok.
Wszelka czynność, niemal amerykańskie
ubieganie się za pracą, zyskiem i
oszczędzaniem czasu - czas jest monetą
- codziennie nowo powstające
urządzenia, dążność do popraw,
udoskonaleń itd. to wszystko można
widzieć na Górnym Śląsku".
Lompa dobrze przewidział wzrost Katowic.
Za jego czasów liczyły dopiero 8000
mieszkańców, w 1923 liczba ich
wyniosła 75000. Katowice mają wygląd
dzielnicy wielkiego miasta, na co się
składają osobne budynki, dobre bruki,
piękne wystawy sklepowe, tramwaje,
oświetlenie elektryczne, wodociągi,
kanalizacje. Posiadają (1923) cztery
kościoły (jeden ewangelicki, jeden
starokatolicki), urzędy państwowe,
gimnazjum, teatr, dyrekcję kolejową,
oddział banku państwowego, szkołę
rzemiosł, zarząd górniczy i liczne
fabryki, których wyliczenie za wiele
miejsca by zabrakło. Rozchodzą się z
nich liczne odnogi drogi żelaznej.
Kościół starokatolicki wzniósł
głośny ks. Kamiński, odstępca i
renegat, popierany przez rząd pruski;
wydawał też w Katowicach swą
"Prawdę". Do dóbr katowickich
(własność Winklerów) należy wielki
las, obejmujący 1981 morgów i
wchodzący w granicę powiatu
pszczyńskiego. Powiat katowicki
(zamiejski) miał rozległości przeszło
200 kilometrów kwadratowych z
ludnością 200000 wynoszącą, z której
75 procent należało do narodowości
polskiej (1923 r.).
O 11 kilometrów od Katowic, na samym
pograniczu byłego Królestwa
Kongresowego, przy ujściu Brynicy do
Przemszy, leżą Mysłowice, miasto
połączone z byłą Galicją drogą
żelazną do Szczakowej. W 1923 r. są
tu: dwa kościoły, kilka szkół,
fabryka czekolady, młyn, tartak i
licznie wznoszące się na miejskich
gruntach zakłady górnicze i
przemysłowe. Wyżyna Mysłowicka bogata
jest w węgiel, rudy żelazne, piaskowiec
i glinę ogniotrwałą.
Mysłowice otrzymały już w roku 1360
prawa miejskie od Mikołaja księcia
opolskiego i raciborskiego. Później
wraz z całym kompleksem dóbr
mysłowickich były w posiadaniu
książąt cieszyńkich, Turzonów
(właścicieli Pszczyny), Salomonów
itd., aż wreszcie przeszły drogą
spadku w połowie XVII w. do
Mieroszowskich. Krzysztof Mieroszowski
nie mając potomstwa, chciał z nich
uczynić fundację na szkołę rycerską,
ale rząd austriacki czynił mu
trudności. Natomiast za zezwoleniem
cesarza Leopolda (1679) utworzył z nich
ordynację, która przetrwała do roku
1839. Rząd pruski za zgodą
zainteresowanych nabył prawa ordynacji
za 6000 talarów rocznej renty - a dobra
sprzedane zostały Winklerom. Dobra
składają się z: zamku leżącego o
dwie mile od Mysłowic w pięknej
okolicy, obszaru dworskiego, fabryk,
lasów i znajdujących się w nich
kopalń węgla.
Pod Mysłowicami, naprzeciw Modrzejowa, w
byłym Królestwie Polskim, znajduje się
tak zwany "kąt trzech cesarzy"
(Drei - Kaiser - Ecke), tu bowiem
zbiegały się na ziemi polskiej, granice
trzech państw grabieżczych. Szyldwach
rosyjski spoglądał na przechadzającego
się po drugiej stronie Przemszy
szyldwacha austriackiego, a ten znowu
czułe oko "robił" do
szyldwacha pruskiego. Był to jakby żywy
symbol "świętego przymierza",
żywy symbol zgody, miłości i
przyjaźni, przypieczętowanej na wieki
wspólną zbrodnią. Ale zgoda zerwała
się i o trzech cesarzach pozostało
tylko wspomnienie. Więc też i
"kąt" poszedł w kąt i chyba
tylko jakaś tablica uwieczni dawne
zetknięcie się granic trzech państw
rozbójniczych.
|