Tarnogórski Program Edukacji Regionalne "Indianer"
serwis Portalu Powiatu Tarnogórskiego
www.tg.net.pl

autorstwo
: Zbigniew Markowski



 
  tematy powiązane:
    Burmistrzowie międzywojnia - tekst
Tarnogórscy Donnersmarckowie - tekst
Dzieje Radzionkowa - tekst
Z dziejów Krupskiego Młyna - tekst
Kopiec Wyzwolenia - tekst
dawne fotografie - fotografie
   

PIOTR NIEDURNY

W dniu 30 stycznia 1920 r. ujęty został przez żołnierzy z brygady marynarki radca miejski miasta Bytomia, maszynista Piotr Niedurny. Od dłuższego już czasu nastawano na jego życie tak, że musiał się ukrywać. Następnego dnia miał być odstawiony do Bytomia. W drodze do Szombierek miał podobno usiłować zbiec, a ponieważ nie chciał rzekomo stanąć, więc strzelano do niego i nieszczęśliwy padł na ziemię.

Jak się później okazało nie było wcale rozkazu aresztowania go. Zginął w kwiecie wieku, bo liczył dopiero lat 40 i był lubiany przez całą gminę i okolicę. Był to wielki patriota i działacz polski. Pogrzeb jego był jedną wielką manifestacją narodową.

WALTER LARYSZ

Walter Larysz z urodzony w Ozimku, w pow. opolskim 31 marca 1898. Odebrał od matki, wcześnie owdowiałej, nader staranne wychowanie, które go później usposobiło do czynów wzniosłych i szlachetnych.
Z ławki gimnazjalnej poszedł do wojska niemieckiego, gdzie się dosłużył stopnia oficerskiego. Po rewolucji niemieckiej wstąpił do apteki ojca jako uczeń aptekarski i przyłączył się do ruchu i organizacji wojskowej w pow. tarnogórskim.
W pierwszym powstaniu prowadził oddział powstańczy powiatu tarnogórskiego i kierował atakiem na miasto Tarnowskie Góry. Czyn ten pozostanie na zawsze w historii pierwszego powstania pamiętnym i świadczącym o patriotyźmie człowieka młodego jeszcze, ale owianego wielkim idealizmem.

Następnie musiał uchodzić do Polski, gdzie poznał doskonale życie polskie. W listopadzie 1919 r. musiał wracać do opuszczonej przez wszystkich i konającej już matki. Przy trumnie swej matki, zmarłej wskutek prześladowań od grencszuców za swe przekonanie polskie, ślubował, że pomści jej niewinną śmierć przez wierną służbę ojczyźnie, czego w rzeczywistości dokonał.

Wstąpiwszy do wojska polskiego w Poznaniu jako podporucznik kształcił młodych Wielkopolan na dzielnych żołnierzy. Stąd wrócił na Śląsk jako oficer "Apo" policji plebiscytowej. Najpierw w Miechowicach, później w Gliwicach jako adiutant kapitana Niel'a, nareszcie jako dowódca sotni i kapitan w Rybniku był czynny. Ponieważ był nader gorliwy i obowiązkowy w służbie i wykrył dużą ilość składów broni schowanej przez Niemców w pow. rybnickim, przez to ściągnął na siebie nienawiść tychże, co też było powodem jego tragicznej śmierci.

Dnia 3 maja 1921 r. - pierwszy dzień trzeciego powstania został raniony przy ataku na niemiecką sotnię i Włochów. Prowadzony przez Polaków został ugodzony kulą skrytobójczą, co spowodowało jego natychmiastową śmierć. Zwłoki jego sprowadzono do Radzionkowa w pow. tarnogórskim, gdzie spoczywają obok matki.

WINCENTY JANAS

W dniu 21 sierpnia 1919 r. przychodzą o godz. 5 rano żołnierze rajchswery do mieszkania nauczyciela polskiego Wincentego Janasa w Rudzie, gdzie nie było powstania, i wzywają go, żeby poszedł z nimi. Prowadzą go mniej więcej 30 metrów od domu ną stronę i oddają go 16 innym żołnierzom, tam czekającym. Ci zaraz zaczynają go bić knutami i kolbami, wyzywając najokropniej. Janas krwawi mocno. Naraz rozlega się strzał, który daje jeden z żołnierzy; kula przechodzi Janasowi przez prawe przedramię. Żołdactwo podnosi ryk zwierzęcy i twierdzi podstępnie, że to Janas strzelił: "Co ty polska świnio, teraz nawet strzeliłeś. Pokażemy ci, co to znaczy napadać Niemców." "Kamraci - odpowiada Janas spokojnym głosem - jeżeli coś złego uczyniłem, to mnie aresztujcie ale wiem dokładnie, że nie przestąpiłem żadnego prawa. Czymże miałbym strzelać, kiedy broni nie mam?" Lecz żołnierze na to nie zważają. Prowadzą go, bezustannie biczując, na powrót do mieszkania, aby odbyć rewizję. Nie znajdują żadnej broni, natomiast inny "corpus delicti", mianowicie trzy małe, papierowe chąrągiewki polskie. Zaczynają go na nowo bić. Siostra błaga żołnierzy, żeby się nad bratem nie znęcali. Obrzucają ją za to najohydniejszymi wyzwiskami. Janasa potrącają nogami, z mieszkania na podwórze. Krwią zalany leży u nóg swych brutalnych katów. Bezustannie krzyczą: "Polska świnio, psie" itp. i kopiąc go nogami toczą go niby piłkę nożną 60 metrów z pagórka na dół. Wreszcie Janas zbiera ostatnie siły i ucieka około 300 metrów dalej. Otwierają za nim regularny ogień. Męczennik szuka schronienia w domu szlachetnego obywatela niemieckiego, lecz zostaje zdradzony przez jakieś kobiecisko.

Z dzikim krzykiem wywłóczą żołnierze na pół umarłego z izby. Jeden z żołnierzy wyłupuje mu prawe oko, drugi wybija mu obcasem zęby szczęki dolnej. Inny go pyta szyderczo: "No, ty polska świnio, czy jesteś jeszcze Polakiem?" "Polakiem aż do śmierci" brzmi odpowiedź. Stawiają go pod drzewo, lecz upada ze słabości. Leżącego przeszywa 15 kul. Martwe ciało rzucają nieludzcy żołnierze na kupę popiołu. Ciało męczennika to jedna wielka rana. Wszystkie kości były połamane. Dwie i ćwierć godziny, znęcało się 16 żołnierzy nad tym niewinnym dzielnym człowiekiem; w końcu go bez sądu, po zbójecku zamordowano. Trzeba dodać, że w Rudzie nie było powstania. Tam ze strony polskiej nie padł ani jeden strzał. Janas nie posiadał broni.

KS. PROBOSZCZ WINCENTY RUDA

urodził się w Wójtowej Wsi przy Gliwicach w 1882 r. Był kapelanem w Mikulczycach i w Imielnicy, potem kuratusem w Pokrzywnicy, później w Marcinkach, w pow. sycowskim, wsi należącej obecnie do Polski. Tutaj wybudował plebanię, małą chałupkę, bo okolica jest biedna. Był to ksiądz bardzo gorliwy i sprawiedliwy. Liczył lat 37. W politykę wcale się nie mieszał.
Nie zapierał się pochodzenia polskiego i kochał język polski. To była jego zbrodnia.

15 stycznia 1919 r. podczas najostrzejszych walk plebiscytowych między Polakami a Niemcami na terytorium byłego zaboru pruskiego, wpadła do wyżej wymienionej wsi kompania pod dowództwem podporucznika Kocha. Ponieważ ks. Ruda nie ukrywał nigdy, że jest Polakiem, a nawet odważył się prócz niemieckich gazet, prenumerować jedną polską, więc naturalnie uchodził w oczach dowódcy grencszucu jako niebezpieczny "szpieg" polski, postanowił go usunąć. W tym celu wysłał sześciu ludzi, którzy go mieli, jako podejrzanego o szpiegostwo i aresztowanego odprowadzić rzekomo do głównej kwatery grencszucu. Ks. proboszcz Ruda nie przeczuwając nic złego i nie poczuwając się do żadnej winy, poszedł z, czterema żołnierzami przez pola ku Mąkoszycom. Tchórzliwi mordercy ugodzili go pięcioma kulami; również otrzymał pięć ran od pchnięć bagnetem lub nożem (3 w prawym boku i 2 w głowie).

KS. PROBOSZCZ FRANCISZEK MARKS

Dnia 11 maja w nocy roku 1921 zbliżyła się ku probostwu ks. Marxa w Starym Oleśnie szajka podejrzanych osobników.

Swiadkowie zauważyli, że byli między nimi: 1. kapitan Kirsch z Małych Lasowic, dzierżawca domen gronowskiej i lasowskiej;
2. major hrabia Bethuse - Huc z Bankowa, właściciel kilkunastu dworów w powiatach oleskim i kluczborskim; 3. rotmistrz Ismer z Jasienia; 4. nauczyciel ewangelicki Nikolaus z Gronowic; 5. syn gościnnego Albrecht z Marynowa; 6. pisarz gospodarczy Dorn ze Starego Oleśna; Sock i Duda oraz 35 innych sztostrupIerów z Gronowic, Kocianowic i okolicy.

Przybywszy na probostwo wypuszczali kule świetlane, aby rozeznać, gdzie znajduje się sypialnia księdza. Odkrywszy ją, rozpoczęli strzelaninę, roztrzaskali następnie troje drzwi i podeszli ku sypialni, wołając aby proboszcz wyszedł. Gdy tenże nie usłuchał zaraz, ponieważ szukał klucza do drzwi, który był wypadł z zamku, dali ognia przez drzwi, pono coś 35 strzałów, wołając: "Du katholische Pfaffe, du musst raus, du kommst nicht mehr nach Rom!" (Ty popie katolicki, ty musisz wyleźć, ty do Rzymu już nie pojedziesz.) Gdy w końcu otwarły się drzwi, na pół tylko ubranego porwali zbiry, zwlekli po schodach na dół, a potem prowadzili w kierunku Kościanowic. Posłuchano ich w drodze, jak znęcając się nad kapłanem katolickim zapytywali go, dlaczego w jego parafii znalazły się dwie gminy za Polską. Gdy zapytany odpowiedział, że sam wprawdzie jest Niemcem lecz, że ludność w parafii ma polską i jej, a zwłaszcza robotnikom polskim, pragnąłby pomagać najszczerzej, rozwścieczony któryś luter - hakatysta, zdawało się, że major hrabia Bethuse-Huc krzyknął: "Schiesst den katholischen Pfaffen nieder", (Zastrzelcie tego popa katolickiego.) Następnie zamordowali Niemcy w okrutny sposób ks. prob. Marxa. Dotychczas nie wiadomo, gdzie spoczywają zwłoki ks. Marxa.

KS. DZIEKAN AUGUSTYN STRZYBNY

Urodził się 1 maja 1876 i wyświęcony na kapłana został w roku 1901. Około 10 lat był proboszczem w Mizerowie, pow kozielski. Był bratem ks. proboszcza Strzybnego w Rozbarku. Wieczorem około godz. dziewiątej 31 października 1921, mordercy pięciu kulami pozbawili życia ks. dziekana Strzybnego w Mizerowie. Do godz. ósmej był ks. dziekan Strzybny czynny w konfesjonale. Kiedy po ósmej godzinie opuszczał zakrystię, aby się udać na probostwo, padły kilkakrotne strzały.

Nikt z domowników plebanii na to nie zważał, gdyż w ostatnim czasie we wsi strzelano często. Dopiero po dłuższym czasie, gdy księdza dziekana nie było widać, udała się siostra jego do kościoła, aby go odprowadzić do domu.

Na połowie drogi, pomiędzy plebanią a kościołem znalazła brata leżącego na ziemi bez życia. U godzony został pięciu strzałami. Ks. dziekan Strzybny przyznawał się otwarcie do polskości i był przed śmiercią swoją ze strony niemieckiej wielce prześladowany. Sztostruplerzy urządzili kilka rewizji w jego mieszkaniu za bronią; musiał nawet uciekać i schronić się na dłuższy czas w nyskiej okolicy, gdzyż grożono mu śmiercią.

DR ANDRZEJ MIELĘCKI

Ur. 1864 r. w powiecie kaliskim. Studiował medycynę w Berlinie i Monachium. Od 1899 pracował w Katowicach.

Założyciel wielu polskich towarzystw. Działał w Centralnym Komitecie Pomocy dla Dzieci w Katowicach (po I powstaniu). W 1920 r. był członkiem Pols. Kom. Plebiscytowego w Katowicach. Zamordowany przez Niemców 17 sierpnia 1920 r. Jako obywatel, człowiek i lekarz o wielkiej wiedzy, zjednał sobie szacunek i zaufanie u Polaków i Niemców.

Podczas walki motłochu ulicznego z wojskiem francuskim w Katowicach pękł granat ręczny. Ktoś z tłumu zawołał: "Das war der Polenkonig dr Mielęcki, raus mit ihm, lynchen muss man den Hund!" Cała zgraja rozwydrzonych Niemców wdarła się do mieszkania polskiego lekarza, który właśnie zakładał ostatni bandaż na głowę rannego Niemca. Nieszczęśliwego lekarza wywlekli siepacze z kryjówki i po schodach zrzucili go na podwórze, gdzie zaczęli się pastwić nad swą ofiarą. Z podwórza wywleczono nieszczęśliwego na ulicę dla zabawki wściekłego motłochu. Podniosły się kije, laski, żelazne druty, siekąc niemiłosiernie ciało lekarza.

Ubranie, poszarpane na strzępy, wkrótce pomieszało się z krwią i ziemią, tworząc jakąś bezkształtną, łączącą masę. Ludzie - zwierzęta na chwilę ochłonęli, coś nimi ruszyło na widok sponiewieranego człowieka.

A działo się to na oczach jego żony i córki, które przerażone tak straszliwym męczeństwem swego męża i ojca, bezwładnie osunęły się na ziemię. Zajechał wóz sanitarny. Mordercy, myśląc że dr Mielęcki nie żyje, porwali leżące ciało i rzucili je do wozu. Nieszczęśliwa ofiara bestialkich instynktów motłochu, dawała jeszcze znaki życia. Ten resztek życia na nowo podburzył tłum, który znów z dzikim rykiem rzucił się na wóz i popędził z nim w stronę rzeczki - Rawy. Nad brzegiem wyrzucono konającego z wozu, ażeby dopełnić zemsty na "polskim królu". A jest to rzeczywiście król polskich męczenników górnośląskich.

Oprawcy zdarli z niego resztki odzieży i zaczęli tak długo bić i kopać aż nie pozostało na nim ani jedno zdrowe miejsce. Kilku zwyrodniałych opryszków wytłoczyło deski z wozu ratunkowego, dobijając nimi dr Mielęckiego. I gdy przed nimi leżał tylko nieruchomy, poszarpany, sino - krwawy trup, bez kształtu, masa z błota i krwi, rzucili go do brudnej, mętnej rzeki.

DR WINCENTY STYCZYŃSKI

Ur. 5 XII 1872 r. w Śremie. Studiował medycynę we Wrocławiu, po czym podjął pracę na G. Śląsku. Dnia 18.4.1922 r. zamordowany został w Gliwicach. Dr Wincenty Styczyński, był polskim doradcą technicznym przy koalicyjnym kontrolerze powiatowym na miasto Gliwice i prezesem frakcji polskiej, Rady Ludowej w Gliwicach. Zwyrodniały morderca wszedł do mieszkania dr Styczyńskiego jako pacjent. Gdy dr Styczyński uchylił drzwi, aby zawołać następnego pacjenta, zbliżył się do niego nieznajomy i dał do niego dwa strzały rewolwerowe, które ugodziły go w skroń. Jedna kula przeszyła na wylot głowę, a druga utkwiła w czaszce. Dr Styczyński zmarł natychmiast. Morderca zdołał zbiec. Gospodyni dr Styczyńskiego po usłyszeniu strzałów wybiegła do przedpokoju i chwyciła mordercę za ramię, trzymając go kurczowo i wołając o ratunek. Morderca jednak silnym uderzeniem jej w głowę rewolwerem, uwolnił się i umknął. Na ulicy wsiadł na rower i uciekł.

Dr Styczyński pochodził z Wielkopolski, liczył 45 lat, na Górny Śląsk przybył przed 20 laty i osiadł w Gliwicach jako lekarz, gdzie też cieszył się ogólnym szacunkiem nie tylko Polaków lecz i spokojnych Niemców. Przed wojną dr Styczyński brał udział w pracach polskiego komitetu. W roku 1919 wybrany został przez Polaków radnym miejskim w Gliwicach, gdzie też polscy radni wybrali go przewodniczącym frakcji polskiej. Na posiedzeniach rady dr Styczyński bronił zawsze śmiało praw ludności polskiej w Gliwicach. W roku 1920 powołany został przez Komisję Międzysojuszniczą na doradcę technicznego przy kontrolerze koalicyjnym na miasto Gliwice i na tym stanowisku jako rzecznik ludności polskiej miasta Gliwic a w ostatnim czasie także powiatu gliwickiego położył niespożyte zasługi około obrony ludności polskiej. Jako doradca techniczny był dr Styczyński urzędnikiem Komisji Międzysojuszniczej.

OBRAZKI Z CZASOW OKUPACJI GÓRNEGO ŚLĄSKA PRZEZ WOJSKA ALIANCKIE

Dnia 9 kwietnia 1922 r. o godz. 3 - ciej władze koalicyjne dowiedziawszy się, że na starym cmentarzu epidemicznym między Gliwicami a Sośnicą znajduje się przechowana broń niemiecka, wysłały tamże 1 kompanię francuską i sekcję pionierów francuskich dla dokonania rewizji. W sklepie pod kaplicą cmentarną znalezionio znaczną ilość broni, w tym karabiny ręczne i maszynowe oraz wielką ilość amunicji. Gdy pionierzy weszli do podkopu, aby wydobyć broń, nastąpiła silna eksplozja, wskutek której zginęło na miejscu 7 pionierów i 4 żołnierzy. Zabity także został francuski urzędnik policyjny oraz grabarz.

Rannych zostało 10 żołnierzy i 3 oficerów, 3 żołnierzy zostało ciężko rannych. Stwierdzono, że ten magazyn broni był podminowany i że eksplozja nastąpiła wskutek specjalnego urządzenia, mianowicie do drzwi podkopu przywiązany był sznur, który wskutek poruszenia drzwi spowodował wybuch. Cała kaplica rozleciała się gruzy a wybuch był tak silny, że części ciała zabitych wyrzucone zostały o 100 metrów od kaplicy. Na miejscu eksplozji powstała wyrwa o 10 metrach średnicy i 4 metrach głębokości. Dnia 11 kwietnia odbył się w Gliwicach na cmentarzu garnizonowym obrzęd pogrzebowy dla 17 Francuzów, z których 11 zwłok było całych, z trzech były tylko szczątki, zaś reszta trzech zaginęła zupełnie, tj. ciała ich zostały rozszarpane zupełnie w drobne części tak, że nie można było ich w całości zebrać.

Na pogrzeb przybyli z Opola gen. Le Rond, gen. Noulin głównodowodzący wojsk alianckich na G. Śląsku, prócz tego zastępcy Włoch i Anglii Komisji Międzysojuszniczej, jak też przedstawiciele wojska angielskiego i włoskiego na G. Śląsku. Wszystkie oddziały wojsk francuskich na G. Śląsku przysłały na pogrzeb deputacje z wieńcami. Na pogrzebie była obecna także delegacja polska z doradcą technicznym na miasto Gliwice, dr Styczyńskim na czele, który złożył wyrazy współczucia na ręce generała Le Ronda.

Z ŻYCIA WOJSK OKUPACYJNYCH NA GÓRNYM ŚLĄSKU

Czas 18 - miesięcznej okupacji Górnego Śląska przez wojska sprzymierzonych państw, to czas historyczny. Podczas tejże okupacji właśnie wybuchły dwa powstania górnośląskie. Stosunek poszczególnych wojsk do ludności miejscowej był różny; najpoprawniejszy był on ze strony Francuzów. Wiele ciekawych epizodów zdarzyło się w tym czasie. W prywatnym życiu Francuzi, Anglicy i Włosi odnosili się inaczej do Polaków a inaczej do Niemców. Niektórzy wojskowi zaprzyjaźnili się, pozawierali bardzo wiele znajomości i zadzierzgnęli nawet węzły pokrewieństwa z rodzinami polskimi i niemieckimi.

HISTORYCZNA CHWILA

W dniu 15 czerwca 1922 r. o godz. 10.30 wieczorem, rozegrała się w Opolu, na wielkiej sali w gmachu Komisji Międzysojuszniczej, historyczna chwila oddania Państwu Polskiemu części polskiej G. Śląska, przyznanej mu decyzją Rady Ambasadorów dnia 20 października 1921 r. Posiedzenie zagaił prezydent Komisji Międzys. generał Le Rond krótkim przemówieniem, w którym wskazał na pojednawczego ducha, w jakim prowadzono od 4 maja 1921 r. pertraktacje co do warunków oddania terytorium plebiscytowego. Polskę reprezentował wiceminister dr Seyda w towarzystwie sędziego dr Zagórowskiego. Niemcy zaś reprezentował dr Eckhard. Po przemówieniu przewodniczącego podpisali komisarze koalicyjni oraz pełnomocnicy Polski i Niemiec warunki oddania.

ROZWOJ POLSKOŚCI W POWIATACH PRZEMYSŁOWYCH GÓRNEGO ŚLĄSKA

Kolebką odrodzenia polskości na Górnym Śląsku było bez zaprzeczenia miasto Bytom z przyległymi gminami, jak Piekary, Rozbark i innymi. Tu też najpierw rozwinęło się potężniej dziennikarstwo i ruch towarzystw. Tu założono pierwsze gniazdo "Sokoła"; stąd promieniowała oświata na dalsze powiaty. W Bytomiu osiadł się liczniejszy zastęp inteligencji. Tu i w okolicy działali na niwie narodowej wszyscy redaktorzy "Katolika" jak: Konstanty Prus, Paweł Dombek, Franciszek Godula i Galus. Odznaczył się pomiędzy innymi i Paweł Maciejczyk, dyr. banku i lekarz Spyra.

W Tarnogórskiem A.Szymkowiak (w 1923 sędzia pokoju w Katowicach) i kupiec Ogierman w Radzionkowie, byli pierwsi w powiecie, którzy wzniecili ruch narodowy w Radzionkowie i okolicy. Powstały wtenczas w ostatnim dziesiątku XIX w. Towarzystwa Św. Alojzego: pierwsze założone w Bytomiu, drugie w Radzionkowie a trzecie w Piekarach. Wyżej wymienieni założyli Tow. Św. Alojzego także w Starych Reptach i okolicy. Towarzystwa te miały podkład religijny; przyczyniły się jednak na schyłku XIX w. najwięcej do rozbudzenia ducha narodowego. Praca ta wówczas nie była łatwa.

Rząd pruski śledził każdy najsłabszy ruch narodowy na Śląsku. Każdy, który się podjął pracy uświadamiania rodaków, musiał być przygotowany na szykany ze strony władz niemieckich, na kary pieniężne, utratę chleba i więzienie.

Twierdzami polskości w pow. tarnogórskim, w latach silnego ruchu narodowego, były miejscowości Radzionków i Wieszowa. W tychże wsiach młodzi działacze, wyszli ze stanu robotniczego i wychowani w towarzystwach kulturalno - oświatowych, zasłużyli się wielce około sprawy narodowej. Nie można tu pominąć nazwisk osób, jak: p. Szillera, p. Trzęsiocha, p. Krupy, p. Millera w Radzionkowie. Ciż przewodniczyli towarzystwom różnym i dbali o rozwój polskości w północnej części powiatu. W Wieszowie zaś założyło grono młodzieży już w roku 1905 pierwsze towarzystwo oświatowo - naukowe pod nazwą "Samopomoc Naukowa młodzieży polsko - katolickiej", którego członkowie stawali kilka razy przed kratkami sądowymi w Tarn. Górach. Rodzina i dom pp. Słodczyków zasłynął tu szczególnie, tutaj najpierw na poddaszu, a później w osobno zbudowanej salce na ten cel, skupiała się, dzielnym duchem owiana młodzież Wieszowy i okolicznych wiosek, kształciła się sama i pielęgnowała wszystko, co swojskie. Z tejże miejscowości roznosili ducha polskiego do sąsiednich wsi wyrobieni narodowo pp. Słodczykowie, pp. Baksikowie i inni szermierze postępu i odrodzenia ziemi piastowskiej.

Największa wieś w pow. tarnogórskim - Mikulczyce, przez długi czas spała pod względem narodowym; później od innych, po zapoznaniu się z działaczami z Wieszowy i okolicy, założono tamże tow. śpiewackie i zaczęto budzić miejscową młodzież do czynu. Kupiec Ruda, p. Zingler, p. Bażantny, p. J. Wyżgoł i inni zaczęli pracować coraz intensywniej i przyczynili się do założenia silnej twierdzy polskości w tej części powiatu. Wojna światowa poczyniła w tej wsi wielkie spustoszenie, tysiące robotników znajdowało się w obozie komunistycznym. Dobra praca pp. K. Markitona i K. Niestroja w Mikulczycach sprawiła, że uratowano tę wieś, oczyszczono z komunizmu a w okresie plebiscytowym uzyskano absolutną większość polską.

Z chwilą, gdy rząd pruski kuł coraz nowsze prawa wyjątkowe przeciw Polakom, ruch narodowy nabrał większego rozmachu i zaczął zataczać coraz szersze kręgi.
Gazeta "Katolik", czytywana dotąd przez szerszy ogół Polaków, nie wystarczała już narodowcom, była za mało radykalną.

Powstawały coraz nowsze wydawnictwa, lecz nie mogły się utrzymać dla braku większego kapitału. Z gazet wówczas wyróżniała się jedna, wydawana przez Jaochima Sołtysa w Gliwicach, który zdołał skupić koło siebie liczniejszy zastęp ludzi, owianych prawdziwym idealizmem. Wśród tychże wyróżniali się w Zabrzu: dr B.Hager, Karol Piecha, Kloza, Lampner i Jan Wycisk. Wydawaniu wspomnianej gazety położył kres prokurator pruski.

W tym czasie rozpoczął się napływ inteligencji z Wielkopolski na Górny Śląsk. Od razu po połączeniu się tej garstki z uświadomioną częścią ludu śląskiego, wszczęto intensywniejszą pracę; zaczęto pod czujnym okiem policji pruskiej zakładać towarzystwa polskie. Wśród pionierów wymienić należy Józefa Tucholskiego, który rozpoczął zakładać gniazda "Sokole".

Obok niego działali na polu politycznym: Aleksander Lewandowski, Antoni Szymkowiak, dr Smierzchalski, adwokat Adamczewski, Adolf Ligoń, Michał Rzepka. W roku 1902 ukazali się na arenie politycznej W.Korfanty i Jan Kowalczyk.

W dalszej pracy oświatowej należy w pow. katowickim wyróżnić: Ignacego Malczewskiego, Adama Postracha, Tomasza Kowalczyka, dr Mielęckiego, dr Szyperskiego, dr Hyllę, panią F. Ciemięgę, Antoniego Wolskiego, Wojciecha Zająca, Kazimierza Raka, Stanisława Webera, dr Seydę z Katowic.

W drugim dziesiątku XX w. zasłużył się w pracy narodowej w Katowicach i przyległej okolicy ks. Paweł Pośpiech. Dokoła "Gazety Ludowej" wydawanej przez niego, skupili się ludzie z innych miejscowości. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić Rozdzień - Szopienice. Tu praca narodowa była wydatniejsza, niźli w innych gminach. W gronie szermierzy polskich w powiatach przemysłowych G. Śląska znajdowali się niestrudzeni bojownicy: Jan Badura, Juliusz Chowaniec, Piotr Łyszczak, Piotr Plewniak, Franciszek Rychter, Lucyga, Henryk i Alojzy Morgała, Augustyn Skopek, Edward Kalinowski i Józef Tkocz. Szczególnie przed i w czasie plebiscytowym odznaczył się Jan Nyga jako nauczyciel języka polskiego dla Górnoślązaków i redaktor "Nowego Czasu". Roździeń - Szopienice stały się twierdzą polskości; stąd szły hasła do wszelkiej twórczej pracy. W innych wielkich gminach powiatu katowickiego pracowali: dr Stęślicki, Dreyza, Jan i Andrzej Korfanty, pan Kuźma i państwo Morgałowie - w Siemianowicach; w Bogucicach: p. Masny, Hornik, Szega i Roman Tuszyński; w Małej Dąbrówce: państwo Szeliga, Kleofas, Edward Hołota; w Janowie: Stanisław Dejas, Augustyn i Wilhelm Wójcikowie, Mikołaj Mol i Wiktor Kotyrba; w Załężu: Józef Sapa; w Brzezince: Piotr Korus; w Kosztowach: Tomasz Klimczok; w Mysłowicach: Baczyński; w Dębie - Józefowcu: Antoni Manowski i Magiera; w Brzęckowicach: Musioł i Wrana; w Rudzie działał Sieroń i Kulpok.
Wielkie zasługi około rozwoju "Sokoła" i związków śpiewaczych położyli Michał Wolski i pani Żnińska. Wybitny udział w pracy narodowej brała także Janina Omańkowska z Bytomia.

ROZWOJ POLSKOSCI W POWIATACH ROLNICZYCH GÓRNEGO ŚLĄSKA

Do rolniczych powiatów Górnego Śląska można zaliczyć: powiat opolski, raciborski, gliwicki i strzelecki do najbardziej narodowo uświadomionych. Szczególnie powiat opolski, prędzej od innych dowiódł, że ma silnego ducha polskiego, ale też poczucie polskości zawdzięcza swym dzielnym i starym wiarusom, włościanom przywódcom, mężom opatrznościowym, którzy z poświęceniem pracowali na najdalszych rubieżach zachodnich ziem polskich. Powiat opolski był szczęśliwszy od innych, gdyż posiadał więcej uświadomionych przedstawicieli ludu. Inni już tradycyjnie stali na straży sprawy narodowej w starym grodzie piastowskim nad Odrą. Oprócz redaktora Koraszewskiego byli i inni, pomiędzy nimi Franciszek Kurpierz wydawca "Nowin Opolskich" i bankowiec Antoni Pawlyta, księgarz, którzy dzielnie nieśli sztandar imienia polskiego w tym najrozleglejszym powiecie G. Śląska; ci szczególnie w ostatnich latach przyczynili się do rozwoju polskości w powiecie.

Powiat opolski już w roku 1898 przeprowadził do parlamentu niemieckiego posła polskiego, wprawdzie jeszcze do partii centrowej, ale przeciw kandydaturze niemieckiej. Był nim pozasłużbowy major Szmula, właściciel dóbr Friedewalde w Grotkowskiem, syn ludu polsko - górnośląskiego, którego centrowcy już w roku 1893 pozbawili mandatu do sejmu pruskiego za zbyt serdeczne przestawanie z ludem polskim, przemawianie na wiecach, uczestniczenie w zabawach i uroczystościach za zbyt serdeczne przestawanie z ludem polskim, przemawianie na wiecach, uczestniczenie w zabawach i uroczystościach Iudowych itp. Śmiało i dzielnie działali w owym czasie w sprawach wyborczych i narodowych włościanie: Tomasz Baron z Wójtowej Wsi, Wojciech Kuśnierz z Domecka, Błażej Stach z Chrościny i właściciel łodzi Jan Mehl z W.Dobrzynia. Trzeba zaznaczyć, że powiat opolski był jedyny który zdołał przy jawnych i trzyklasowych wyborach do sejmu przeprowadzić kandydata polskiego.

Co się poprzednio powiedziało o powiecie opolskim, to w wielu szczegółach powtórzyć można odnośnie do polskiego ruchu ludowego w innych powiatach rolniczych naszych zachodnich kresów. W okręgu wyborczym raciborskim już w roku 1893 postawiono jako kandydata na posła do Koła Polskiego pozasłużbowego nauczyciela Filipa Robotę.

Agitacją wyborczą kierowali zręcznie i sprężyście lekarz dr Rostek, redaktor J. K. Maćkowski i inni dzielni mężowie, tak iż kandydat polski otrzymał blisko 6000 głosów. Choć Polak przepadł, ponieważ na centrowca ks. Franka głosowali, prócz połączonych stronictw niemieckich, także Morawianie, zamieszkujący w przeszło 30% ten okręg, to jednak 6000 głosów oddanych na polskiego kondydata świeckiego, przeciw władającemu dobrze polskim językiem i popularnemu kandydatowi duchownemu partii centrowej, świadczą dostatecznie o narodowym i obywatelskim uświadomieniu ludności, która choć również i przy następnych wyborach zwycięstw odnosić nie mogła, polskość i poczucie narodowe uwydatniała w ruchu towarzystw żywotnie się rozwijających, w bardzo pomyślnym rozwoju Banku Ludowego w Raciborzu i innych narodowych instytucjach.

W najgorszym położeniu, już dlatego, że nie miały w głównych swych środowiskach własnej prasy polskiej i dostatecznie zorganizowanych władz kierowniczych, znajdowały się zawsze powiaty prudnicki i kozielski, sąsiadujące z zachłannym i zaczepnym żywiołem niemieckim, który zwłaszcza podczas przygotowań do plebiscytu dawał się dotkliwie we znaki. Powiaty te jednak zawsze mężnie walczyły o swoje prawa narodowe. Kozielskie oddawało przy każdorazowych wyborach do parlamentu tysiące głosów na kandydata polskiego, a okręg prudnicki wybierał od wielu lat posłem rolnika Strzodę z Wierzchu, który wprawdzie należał do "Centrum", ponieważ większa część okręgu wyborczego zamieszkana była przez Niemców, ale był wybrańcem ludu polskiego. Pan Strzoda uzyskał mandat poselski w roku 1894 wśród niezwykłych okoliczności. Chodziło o wybory uzupełniające, ponieważ dotychczasowy poseł ks. Cytronowski złożył był swój mandat.

Oficjalnie "Centrum" postawiło jako kandydata Niemca Delocha, oficera pruskiego i właściciela ziemskiego z Dobieszowa (w pow. prudnickim). Natomiast chłopi polscy z okolicy Głogówka, którzy Delocha posłem mieć nie chcieli, postawili cichaczem, bez uwiadomienia nawet gazet polskich, rodaka swego pana Strzodę i rozwinęli z ust do ust i za pomocą wydrukowanych w ostatniej chwili odezw, żywą agitację za swoim kandydatem. Rezultat był nadspodziewany. Strzoda otrzymał 3501 głosów, Deloch 3896, socjalista 619 głosów.

Nastąpić musiały ściślejsze wybory, które naznaczono na dzień 25 stycznia 1894 r. Strzoda, kandydat ludu polskiego, poparty przez część włościan niemieckich, otrzymał 7565 głosów, Deloch zaś, na którego w pierwszym wyborze oddano 3896 głosów, spadł teraz na 2746. Strzoda został wybrany, a wybór jego stał się prawdziwym triumfem polskiego stanu rolniczego w Prudnickiem, który przez wszystkie dalsze kadencje swego posła na wyniesionym stanowisku zdołał utrzymać i czcił go jako swego wodza i obrońcę.

Dziwnym się moze wydać, że właśnie te powiaty, które liczyły największy procent ludności polskiej, jak: powiat oleski, kozielski, prudnicki, lubliniecki i strzelecki, nie mogły nigdy przeprowadzić posłów polskich do parlamentu niemieckiego i sejmu pruskiego. Tu trzeba podnieść fakt, że powiaty te były pozbawione liczniejszych szermierzy narodowych wyszłych ze stanu chłopskiego i robotniczego, którzy by byli nieśli oświaty kaganek przed narodem. Także ruchu towarzyskiego nie było tu zrazu żadnego, a jednostki, które pracowały nad podniesieniem rodaków, nie mogły podołać uciążliwej pracy, którą utrudniał także zbyt rozległy obszar tych okręgów.

Praca taka wymagała ogromnego nakładu sił i wielkiego patriotyzmu. Okres plebiscytowy wprawdzie pobudził ospalszych do czynu nad uratowaniem tych ziem dla Polski, ale już było za późno; zaniedbanie to odbiło się następnie fatalnie przy plebiscycie. Z wyjątkiem powiatu strzeleckiego, który dzięki dobrej pracy plebiscytowej głosował większością głosów za Polską, powiaty te przepadły z kretesem przy plebiscycie.

Nie można pominąć milczeniem działaczy polskich w pow. gliwickim, F. Orlickiego i J. Sikory, którzy kierowali ruchem narodowym w powiecie i nie szczędzili żadnych trudów przed i w czasie plebiscytowym. W Raciborskiem wiele działali na niwie narodowej: Paweł Gacka, Pardygoł, Raczek, Paleński.

W Rybnickiem pracowali z uznaniem: dr Biały, adwokat dr Różański, księgarz Basista, Jan Dziuba. W Lublinieckiem: państwo Niegolewscy, panowie Rzeźniczek i Kizer. W Pszczyńskiem - pan Kędzior, któremu pomagał duży zastęp światłych, idealnych włościan.
W okręgach przemyłowych G. Śląska było przed wielką wojną światową pomiędzy duchowieństwem bardzo mało księży, przyznających się otwarcie do polskości, gdyż z reguły najlepsze probostwa w przemysłowej okolicy obsadzano Niemcami. Wszystkich, którzy się wyróżnili i zasłużyli około budzenia ducha polskiego na G. Śląsku można było na palcach policzyć; ci otrzymali uboższe probostwa w powiatach rolniczych G.Śląska.

Do nich trzeba zaliczyć sędziwego ks. posła Wajdę z Kielczy, w pow. strzeleckim, wielce w ostatnich latach prześladowanego przez Niemców, ks dziekana Skowrońskiego z Białej pod Ligotą w pow. prudnickim; ks. proboszcza Władysława Robotę z Gierałtowic, w pow. gliwickim; ks. posła Brandysa z Dziergowic, w pow. kozielskim; ks. Rogowskiego z Jędryska, w pow. tarnogórskim; dalej ks. Kuderę, ks.Gregora, ks. Gługosza.

BRONISŁAW KORASZEWSKI

Najstarszym co do działalności publistycznej redaktorem na G. Śląsku był Bronisław Koraszewski, wydawca i założyciel "Gazety Opolskiej". Koraszewski przybył na G. Śląsk w roku 1888 z Wielkopolski. Po krótkiej działalności w Królewskiej Hucie, a następnie w Bytomiu, założył za zachętą mecenasa Stanisława Bełzy z Warszawy i posła górnośląskiego majora Szmuli "Gazetę Opolską" w Opolu, wydawaną tam w odmiennych i nader trudnych kolejach losu już od 1890 r. "Gazeta Opolska" znajdująca się w ostatnich zwłaszcza latach przed wojną, w pełnym rozkwicie i w dobrych warunkach materialnych, upadła z powodu prześladowań w czasie wojny, a następnie po niekorzystnym wyniku plebiscytu i nieszczęśliwym rozstrzygnięciu Ligi Narodów do tego stopnia, że o własnych siłach utrzymać się nie mogła.

W czasie plebiscytowym odznaczyła się w Opolu pani aptekarzowa Krauzowa, która pracowała wiele w towarzystwach Polek.

CZĘŚĆI KRAJU GÓRNOŚLĄSKIEGO PRZYZNANEGO POLSCE

CZĘSCI POWIATU BYTOMSKIEGO

Na północ od powiatu katowickiego, rozciąga się powiat bytomski. Część jego wschodnia, to miasto Bytom. Ziemia bytomska, to właściwie czysto krakowska, tak jak cała wschodnia dolna część Górnego Śląska, która należała do Księstwa Krakowskiego przed podziałami i po podziałach Bolesława Krzywoustego. Dopiero Kazimierz Sprawiedliwy w czasie walki o tron krakowski z Mieczysławem Starym, chcąc ująć dla siebie Mieczysława, księcia raciborskiego, darował mu szeroki pas ziemi krakowskiej, na którym wznosiły się Bytom, Oświęcim, Zator, Pszczyna i Siewierz (1179). Część tego "daru" powróciła z czasem do Polski. Oleśnicki kupił księstwo siewierskie dla biskupstwa krakowskiego. Potem Kazimierz Jagielończyk nabył dla Polski Księstwo Oświęcimskie, a Jan Olbracht, Zatorskie. Przy Śląsku zostały: Bytom i Pszczyna i oczywiście całe ich okręgi z gruntami, na których dzisiejsze: Katowice, Królewska Huta (Chorzów) itd. Należały one aż do roku 1821 do diecezji krakowskiej.

Bytom nam odebrano - była to jedna ze strat największych. Do ostatnich czasów był on jednym z głównych ognisk polskości. Pierwsze wspomnienie historyczne posiada Bytom z czasów walki Bolesława Kędzierzawego z Fryderykiem Rudobrodym. Polacy, nie mogąc obronić miasta, sami je podpalili (1175). Przy podziale po śmierci księcia Władysława opolskiego, Bytom został stolicą osobnego księstwa. Kazimierz, książę bytomski, podczas zatargów z braćmi i innymi książętami śląskimi, poddał się pod opiekę Wacława II, króla czeskiego i odtąd księstwo bytomskie stało się lennem czeskim (1289). Po wygaśnięciu Piastowiczów śląskich, cesarz Karol IV przyznał księstwo bytomskie Przemysławowi, księciu cieszyńskiemu. Wkrótce jednak przeszło ono w posiadanie książąt opolskich, po których wygaśnięciu (r. 1582) dostało się margrabiom a potem kurfirstom brandenburskim. Cesarz Ferdynand II zastawił je u księcia Henckla v. Donnersmarck; nie mogąc zwrócić pożyczki, oddał je mu na własność dziedziczną.

Bytom posiada w ogóle sporo wspomnień historycznych. Prawa miejskie otrzymał w roku 1178. Mieczysław Stary zbudował w nim zamek w 1200 r. W roku 1430 zdobyli go czescy Taboryci, którzy dla Śląska byli bodaj czy nie większą plagą niż Mongołowie: kraj niszczyli, miasta palili, ludność wyrzynali lub uprowadzali. Pokonał Husytów Mikołaj, książę raciborski i przez pewien czas rezydował w Bytomiu.

"Lata 1460 zjechali się do Bytomia - pisze Bielski - Czechowie z Polski, chcąc zgodę i przyjaźń dobrą Panów swych widzieć między sobą" - szło o pogodzenie Kazimierza Jagiellończyka z Jerzym Podjebradem. Widział Bytom w swoich murach i Sobieskiego.
Mieszczanie bytomscy mieli się tak świetnie, że córki swoje w srebrnych kolebkach kołysali. Nie było w tym nic zresztą nadzwyczajnego, gdyż w posiadaniu ich pozostawały kopalnie srebra, znane już w XI wieku. Ale w połowie wieku XIV woda zalała kopalnie i dawna zamożnogć mieszczan ustała. Legenda opowiada, że sami sobie byli winni, że ponieśli zasłużoną karę za chciwość i butę, które ich doprowadziły do utopienia dwóch księży (1367). Legenda ta, dogć interesująca, oparta jest zresztą na fakcie historycznym, zapisanym u Długosza.

Wiek XIX powrocił Bytomiowi dawne "srebrne czasy", wprawdzie nie w postaci żył srebrnych (choć i srebra tu się nieco dobywa), ale w postaci węgla, galmanu i rudy żelaznej. Te bogactwa wywołały w samym Bytomiu i w jego okolicy wielki ruch przemysłowy. Miasto posiada (1923 r.) trzy kościoły, zbór ewangelicki, sądy niższy i wyższy, urzędy państwowe, szkoły wspaniałe, kąpiele, dom sierot itd., a pod tym względem "zaspokajania potrzeb i wygód" stoi na równi z miastami, szczycącymi się swą miejską gospodarką. W roku 1905 liczono w Bytomiu 310 zakładów przemysłowych różnych gałęzi, między którymi było 28 zakładów poruszanych parą, wśród których fabryki maszyn i młyny parowe pierwsze zajmowały miejsce.

Bytom zajmuje wybitne stanowisko w dziejach rozwoju polskiego ducha narodowego i życia umysłowego na Górnym Śląsku, "Podróżny - pisze Lompa w jednym ze swych listów - niechaj tu nie mija uczciwego proboszcza Szafranka, gorliwego obrońcę języka polskiego, którego godłem jest: "Macierzyńska mowa jest kluczem do wszelkiego moralnego i politycznego wychowania ludu". Ks. Szafranek, o którym wspomina Lompa, był pierwszym na wielką skalę działaczem narodowym na G. Śląsku. W roku 1848 wybrany posłem do Berlina, energicznie występował w obronie praw narodowych. Jako o takim, jeszcze po 30 latach wspominał Biernacki z przekąsem w jednym ze swych przemówień parlamentarnych. Lud powracającego z Berlina Szafranka witał uroczystym, z pochodniami, orszakiem i okrzykami: "Niech żyje narodowość śląska!"

POWIAT KATOWICKI

Na północ od powiatu pszczyńskiego, a na wschód od Królestwa Kongresowego, powstał powiat katowicki, a właściwie powstały dwa powiaty katowickie, miasto Katowice bowiem stanowiło powiat osobny. Wchodziły one w skład powiatu bytomskiego, dopóki nagły wzrost Katowic nie zmusił dla nich i dla ich okręgu wydzielić osobnych urzędów powiatowych.

Katowice nie mają tradycji - są nowym tworem, powstałym wskutek rozwijającego się przemysłu hutniczego i górniczego. Miastem zostały dopiero w roku 1860. Była to na początku XIX w. mała wioszczyna pograniczna, wśród nieżyznej gleby, z drewnianymi chałupami. W roku 1832 miała zaledwie 750 mieszkańców. Wzrost jej nagły rozpoczął się dopiero około roku 1840, a już po latach kilkunastu, stała się ważnym ogniskiem przemysłowym. Zwiedzał ją około roku 1855 głośny literat i działacz górnośląski, Józef Lompa. Wrażenia, jakie odniósł, warte są przytoczenia, nie dlatego tylko, że są odbiciem tego zdumienia, jakie na ówczesnych Górnoślązakach wywierało nagłe przeistoczenie małej wioszczyny w miasto, na amerykańską modę powstające.

"W Katowicach - pisał Lompa (styl i język w całości zachowujemy) - jest węzeł, pośrodek górnośląskiego przemysłu. Miejsce to jeszcze nosi nazwę wsi, ale wchodząc wieczorem do zajezdnego Welta, albo obiadując u niego przy table d'hote, mniema się być w największym wrocławskim hotelu, pożycie tutejsze na barwę wielkiego miasta. Tu zgromadza się wszystko - wielu oficjantów zamieszkuje w Katowicach - a podróżujący radzi tu nocują. Wszystkie te utwory wywołał tajemny radca Grundmann. Katowice będą wzrastać jako miasto amerykańskie; obok gustownie częściowo okazale wystawionych domów, powstają ciągle nowe, a wkrótce stanie tam kościół ewangelicki. Już dzisiaj zasługują Katowice na imię miasta i mają ku temu warunki, różniąc się mało od innych miejsc miastami zwanych". Uderzał następnie Lompę potężny triumf pracy ludzkiej. "Katowice mają z jednej strony Hutę Siemianowicką (Laurahuette) i Królewską Hutę za sąsiady na Śląsku - każda w własnym dobrze uporządkowanym obrębie z robotnikami, urzędnikami, poczesami, ustawami osobne departamenta stanowiące. Każdy sięga tu, wszystka praca idzie z ręki do ręki, równie jak machiny. Tu przystępujcie wy Alchymiści! Tu jest kamień mędrców znaleziony; panujący porządek, wiadomości i praca - to jest prawa kompozycja, która żelazo w złoto przemienić zdoła. Tu Górny Śląsk z Anglią w współzawodnictwo wstępuje, to jest olbrzymi warsztat szyn żelaznych kolei, owych pośredników kultury, które ludzi i idee zmieszane w kościołach sześciościannych przerzucją, na żadne granice nie zważając." Po opisie wyrobu szyn i pochwale dla grzeczności urzędników, Lompa zachęcał wędrowca do zwiedzenia w pobliżu Laurahuette, podziemnej gorejącej kopalni (słynny kilkuletni pożar pokładów węglowych).

"W wieczornym czasie zajmujące widowisko mieć będzie. Niby stary cmentarz leży tu przestrzeń, podnoszą się tu liczne mogiły; w niektórych miejscach wybuchają dymy i płomienie, jako świadki wewnętrznego działania żywiołu; z ostrożnością można tu na powierzchni tylko postępować, dokąd się jeszcze podziemny ogień nie dostał. Jak nieobliczalne bogactwo to idzie na zniszczenie... Czyniono tu już wszelkie możebne próby, aby ogień przytłumić, ale bez skutku; kopalnia wciąż pali się, a są miejsca, gdzie już płomieniom nic do strawienia nie pozostaje. Traci się tam bardzo wiele. Mimo tego Śląsk posiada jeszcze bardzo wiele palnego materiału. Lubo się lasy przerzedzają, i dziennie niemal tysiące sztuk drzew do podziemnych lochów na podparcia i ściany ich wędruje, lubo i huty bardzo wiele drzewa i węgla konsumują, wystarczy go jeszcze na długie czasy.
Kopalnia księcia Hohenlohe Sławęckiego ma go tyle, że mu na 1200 lat wystarczy. W Zabrzu i w wielu innych miejscach wydawają piece koksowe wspaniały widok. Wszelka czynność, niemal amerykańskie ubieganie się za pracą, zyskiem i oszczędzaniem czasu - czas jest monetą - codziennie nowo powstające urządzenia, dążność do popraw, udoskonaleń itd. to wszystko można widzieć na Górnym Śląsku".

Lompa dobrze przewidział wzrost Katowic. Za jego czasów liczyły dopiero 8000 mieszkańców, w 1923 liczba ich wyniosła 75000. Katowice mają wygląd dzielnicy wielkiego miasta, na co się składają osobne budynki, dobre bruki, piękne wystawy sklepowe, tramwaje, oświetlenie elektryczne, wodociągi, kanalizacje. Posiadają (1923) cztery kościoły (jeden ewangelicki, jeden starokatolicki), urzędy państwowe, gimnazjum, teatr, dyrekcję kolejową, oddział banku państwowego, szkołę rzemiosł, zarząd górniczy i liczne fabryki, których wyliczenie za wiele miejsca by zabrakło. Rozchodzą się z nich liczne odnogi drogi żelaznej. Kościół starokatolicki wzniósł głośny ks. Kamiński, odstępca i renegat, popierany przez rząd pruski; wydawał też w Katowicach swą "Prawdę". Do dóbr katowickich (własność Winklerów) należy wielki las, obejmujący 1981 morgów i wchodzący w granicę powiatu pszczyńskiego. Powiat katowicki (zamiejski) miał rozległości przeszło 200 kilometrów kwadratowych z ludnością 200000 wynoszącą, z której 75 procent należało do narodowości polskiej (1923 r.).

O 11 kilometrów od Katowic, na samym pograniczu byłego Królestwa Kongresowego, przy ujściu Brynicy do Przemszy, leżą Mysłowice, miasto połączone z byłą Galicją drogą żelazną do Szczakowej. W 1923 r. są tu: dwa kościoły, kilka szkół, fabryka czekolady, młyn, tartak i licznie wznoszące się na miejskich gruntach zakłady górnicze i przemysłowe. Wyżyna Mysłowicka bogata jest w węgiel, rudy żelazne, piaskowiec i glinę ogniotrwałą.
Mysłowice otrzymały już w roku 1360 prawa miejskie od Mikołaja księcia opolskiego i raciborskiego. Później wraz z całym kompleksem dóbr mysłowickich były w posiadaniu książąt cieszyńkich, Turzonów (właścicieli Pszczyny), Salomonów itd., aż wreszcie przeszły drogą spadku w połowie XVII w. do Mieroszowskich. Krzysztof Mieroszowski nie mając potomstwa, chciał z nich uczynić fundację na szkołę rycerską, ale rząd austriacki czynił mu trudności. Natomiast za zezwoleniem cesarza Leopolda (1679) utworzył z nich ordynację, która przetrwała do roku 1839. Rząd pruski za zgodą zainteresowanych nabył prawa ordynacji za 6000 talarów rocznej renty - a dobra sprzedane zostały Winklerom. Dobra składają się z: zamku leżącego o dwie mile od Mysłowic w pięknej okolicy, obszaru dworskiego, fabryk, lasów i znajdujących się w nich kopalń węgla.

Pod Mysłowicami, naprzeciw Modrzejowa, w byłym Królestwie Polskim, znajduje się tak zwany "kąt trzech cesarzy" (Drei - Kaiser - Ecke), tu bowiem zbiegały się na ziemi polskiej, granice trzech państw grabieżczych. Szyldwach rosyjski spoglądał na przechadzającego się po drugiej stronie Przemszy szyldwacha austriackiego, a ten znowu czułe oko "robił" do szyldwacha pruskiego. Był to jakby żywy symbol "świętego przymierza", żywy symbol zgody, miłości i przyjaźni, przypieczętowanej na wieki wspólną zbrodnią. Ale zgoda zerwała się i o trzech cesarzach pozostało tylko wspomnienie. Więc też i "kąt" poszedł w kąt i chyba tylko jakaś tablica uwieczni dawne zetknięcie się granic trzech państw rozbójniczych.


PORTAL POWIATU TARNOGÓRSKIEGO
www.tg.net.pl -
www.tarnowskiegory.net.pl - www.gornyslask.net.pl
e-mail | redakcja Portalu Powiatu Tarnogórskiego | reklama na Portalu